Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapia grupowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapia grupowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 grudnia 2013

Eksperyment z nastrojem - Co zrobić z "fochem"?

NAS-TROJE , czyli co robić gdy się focha ...

 

O nastrojach i związanych z nimi "fochach" możnaby wieeeellllleeeeee !!! Bez końca. Skąd się biorą tak nagle? Skąd one przychodzą?
W rozumieniu psychologii Jungowskiej (i GłęBOkiej Demokracji) są one oznaką jednego  z kompleksów (najczęściej aktywizacją Cienia) i pochodzą z tej samej krainy, z której biorą się SNY !!!
Chwilowo  i niespodziewanie pojawiający się Nastrój jest nagłym przypływem snu,

wtorek, 28 sierpnia 2012

Terapia i Consulting w Warszawie

WAŻNE NOWOŚCI NOWOŚCI

Od sierpnia zamieszkujemy w Warszawie razem z Gosią i Heniem (i tak będzie jeszcze rok albo i 3 )  - serdecznie zapraszam wszystkich/e zainteresowane krótszą lub dłuższą relacją terapeutyczną (i/lub towarzyską) :) !
prowadzę terapię indywidualną, par, rodzin, grupową oraz pracę z grupami
Sesje odbywają się na Pradze,  w dobrym punkcie komunikacyjnym: Skaryszewska tuż przy Targowej.
Niech ta wiadomość się rozprzestrzenia. 

więcej: 
http://robertpalusinski.blogspot.com/p/psychoterapia.html

wtorek, 24 listopada 2009

PIEŚŃ MOCY


źródło obrazka: http://darwinstable.wordpress.com/2008/12/24/the-high-protein-diet-of-the-australian-aborigine/

Pieśń mocy

O pozytywnym i niezwykle silnym działaniu muzyki, a szczególnie śpiewu napisano już bardzo wiele artykułów i książek. Ostatnio naukowcy badający wpływ śpiewu na zdrowie człowieka stwierdzili, że spokojna, skłaniająca do medytacji muzyka zwalnia pracę serca i rytm oddechu. Samo słuchanie pozwala dostroić oddech do spokojnego rytmu muzyki. A jeśli ktoś zacznie śpiewać regularnie, na przykład w chórze, to wyraźnie poprawi się jego kondycja, wzmocni mięśnie brzucha oraz mięśnie szkieletowe. Ponadto chóralny śpiew wymusza poprawny i głębszy oddech. Przy odpowiedniej muzyce lepiej rosną nawet rośliny.
Tworzenie muzyki, granie oraz umiejętność śpiewania to najprawdopodobniej wrodzone umiejętności. Człowiek jeszcze przed narodzinami, już od 18 – 20 tygodnia ciąży słyszy dźwięki i na nie reaguje. W szóstym miesiącu życia płodowego, wewnętrzne części ucha człowieka osiągają taką wielkość jak w wieku dorosłym. To jedyne części ciała, które są tak dojrzałe tym wieku! Nic zatem dziwnego, że dziecko doskonale słyszy nie tylko to, co się dzieje w brzuchu matki, ale także dźwięki dobiegające z otoczenia. Jednak dla dziecka znajdującego się w macicy, najdoskonalsze jest połączenie dźwięku dobiegającego z wnętrza ciała matki z tym, co na zewnątrz. Takim połączeniem jest mowa i śpiew matki, które przy spokojnym nasileniu osiągają dla dziecka głośność 80 db, czyli tyle, co przeciętny odkurzacz!
We wschodniej Afryce można jeszcze natknąć się na cudowną tradycję związaną z pieśnią, muzyką oraz ich wpływem na życie człowieka jeszcze przed jego poczęciem. Mieszkające na tym obszarze kobiety czekają z zajściem w ciążę na pieśń dziecka. Kiedy wiedzą, że ta pieśń jest już blisko – na przykład może im się przyśnić, odchodzą samotnie poza wioskę i udają się w pobliże lasu. Tam wybierają jedno z drzew i nasłuchują. Po pewnym czasie daje się usłyszeć wyjątkowa pieśń. Jest to pieśń dziecka, które urodzi kobieta. Przyszła matka wraca do wioski i wybiera ojca dziecka. Razem udają się pod to samo drzewo, gdzie kobieta uczy partnera pieśni dziecka po czym kochają się śpiewając razem tę pieśń przywołując tym samym duszę dziecka. Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, śpiewa tę samą pieśń dziecku, a następnie uczy słów i melodii inne kobiety-położne ze swojej wsi. Później położne śpiewają tę pieśń dziecku i matce w trakcie porodu. Ta sama pieśń staje się z czasem kołysanką i na przestrzeni lat towarzyszy dziecku we wszystkich ważnych obrzędach oraz inicjacjach. Kiedy człowiek dożywa swojego wieku i kończy życie na tej planecie, członkowie jego społeczności śpiewają mu jego pieśń, kiedy umiera oraz przez kilka dni po śmierci... Wiele badań naukowych oraz tradycji duchowych mówi o tym, że zmysł słuchu nie tylko budzi się jako pierwszy, ale i zamiera jako ostatni.
Opisana pieśń należy tylko do jednej osoby i jest niepowtarzalna. Taka pieśń jest pieśnią mocy, osobistą pieśnią mówiącą o wyjątkowych „wibracjach” czy też falach kwantowych danego człowieka wyrażonych za pomocą dźwięku muzyki i towarzyszących jej słów. Dźwięk to rodzaj fali, wibracji jakie wzbudzamy w powietrzu. Jest to fala która może oddziaływać również na nasze ciała. Pieśń mocy związana jest ze snami, z naszą nieświadomością, z tym co meksykański nauczyciel Castanedy don Juan nazywał Nagualem oraz z otaczającym nas światem. Ludzie, którzy są uwrażliwieni na dobrze współbrzmienie ze światem, na przykład australijscy Aborygeni ,często udają się rankiem do buszu, aby wyśpiewać swój sen i dzięki temu lepiej „dostroić się” do świata. Współczesny mężczyzna, który wyśpiewuje rano być może niezwykłe arie przy goleniu, nieświadomie powtarza tę, pradawną czynność „dostrajania” się do swoich wibracji i współbrzmienia ze światem.
Przed tysiącami lat, ludzie żyjący blisko z przyrodą i ze swoimi odczuciami, potrafili odkrywać takie pieśni mocy, które najlepiej współgrały z wibracjami danej osoby oraz z jej relacjami ze światem. Jeszcze dziś zdarza się, że oświecony guru w Indiach dobiera swoim wyznawcom specjalne dźwięki, których powtarzanie ma im pomóc w drodze do oświecenia. Kiedyś każdy dysponował osobistą pieśnią mocy. Obecnie jest nam to również dostępne i można poznać własna pieśń mocy na przykład uczestnicząc w warsztatach łączących dawne technik szamańskie z współczesną psychologią, lub ucząc się archaicznych pieśni, a nawet piosenek ludowych.
Pieśń mocy, to także jedno z narzędzi w „pracy” szamana. Podczas rytuałów i obrzędów rzadko który szaman mówi. Ewentualna przemowa może być porównywalna do rytmicznego śpiewu, rodzaju melorecytacji, do której czasem podobna jest muzyka rap. Kiedy 10 lat temu byłem we Włoszech, łem o muzyce z młodym, czarnoskórym Senegalczykiem, który sprzedawał na plaży bębny. Wspomniałem wówczas, że już w latach siedemdziesiątych niektórzy Jamajczycy rapowali, na co Senegalczyk odparł: „w Senegalu śpiewamy tak od stuleci, posłuchaj ..." i zaśpiewał mi rapowo ― hip-hop-ową, ludową senegalską piosenkę, przygrywając sobie na bębenku. Jak widać, pewne rytmy są najwyraźniej wrodzonym dziedzictwem każdego człowieka bez względu na czas i miejsce.
Znajomość pieśni mocy pozwala nawiązać kontakt z własną siłą i osobistymi, rzadko używanymi zasobami. Jednak nie dzieje się to poprzez nabywanie dodatkowych sił, lecz dzięki lepszemu dostrojeniu własnych energii do mocy Ziemi i otoczenia. Czy bez warsztatów i bez szamanów potrafimy odnaleźć własną pieśń mocy? Taka możliwość jest całkiem realna. Potrzeba tylko wyznaczyć sobie do tego szczególny czas i specjalne miejsce.
Poszukiwanie pieśni mocy bywa nazywane polowaniem, ponieważ powinno się ono odbyć w możliwie bezludnym miejscu, w ciszy i w samotności. Prawie sto lat temu, Eskimoski szaman wyjaśniał to takimi słowami: „najlepsze magiczne słowa to te, które przychodzą wówczas, gdy przebywa się samotnie w górach. Zawsze mają one najsilniejsze działanie. Moc samotności jest wielka i pozostaje poza zrozumieniem". Warto jednak dodać, że nie jest to absolutna konieczność. Czasami pieśń mocy może pojawić się spontanicznie, i to w każdych warunkach.
Aby odnaleźć swoją pieśń mocy, najlepiej będzie wyjechać za miasto: w góry, do lasu, na pola i łąki, w miejsca, gdzie przez wiele godzin nie natkniesz się na nikogo. W dniu poszukiwania pieśni nie należy jeść śniadania ani innych posiłków. Przed wyruszeniem na wyprawę wzbudź w sobie silne pragnienie odkrycia pieśni mocy – cokolwiek przez to rozumiesz. Może to być na przykład twoja osobista pieśń na tę chwilę lub na jeden dzień.
Kiedy już znajdziesz się na terenie „łowów” na pieśń mocy, idź powoli, w kierunku, w którym „niosą" cię nogi i dokąd ziemia kieruje twoimi stopami. Uważnie przyglądaj się otoczeniu, słuchaj odgłosów, wąchaj zapachy i odczuwaj ruch swojego ciała. Zauważ czy jesteś częścią tej okolicy, częścią Natury, czy też twoja obecność potrzebna jest bardziej w innym miejscu. W miejscach, które ci się spodobają, możesz na chwilę usiąść i odpocząć. Sprawdzaj w swoim wnętrzu, czy to jest „to” miejsce. Twoja wędrówka nie ma celu, a więc nie ma także pośpiechu. Jeśli natrafisz na miejsce, które spodoba ci się szczególnie, a poznasz to po tym, że że nie będzie ci się chciało wstawać i ruszać dalej, zamknij oczy i uważnie wsłuchaj się w siebie oraz w odgłosy otoczenia.
Najpierw postaraj się odnaleźć rytm. Wspólny rytm Matki Natury i rytm twojej Pieśni. W takich, szczególnych chwilach Rytm Natury i rytm Pieśni są tym samym. Wystarczy tylko po-słuchać, a potem zanucić, to, co słyszysz! Zazwyczaj pierwsza przychodzi melodia, a później (czasem po wielu dniach lub nawet tygodniach) słowa. Czasami słowa mogą ci się kojarzyć z jakimś nieznanym, „indiańskim" dialektem. Poczuj ich brzmienie i rezonans. Jak odbierasz brzmienie swojej pieśni poprzez ciało? Czy potrafisz słuchać tak, jak dziecko w łonie matki?
Ważne jest subiektywne wrażenie, mówiące o tym, że pieśń „przychodzi” sama. Zdarza się, że pierwsze „polowanie" na pieśń mocy nie przyniesie efektów, wówczas trzeba je powtórzyć. Bywa i tak, że, pieśń nadchodzi wraz z rytmem kroków zaraz po wyruszeniu na „polowanie” i to nawet razem ze słowami. Twojemu wykształconemu i racjonalnemu umysłowi słowa te mogą wydać się głupie i banalne, a one są zwyczajnie proste i nie wyszukane. Te słowa pochodzą z głębi twojego ducha i z ducha Natury, a przecież raczej niemożliwe jest, żeby twój duch i duch Natury był głupi i banalny?
Jeśli masz taką możliwość, to nagraj swoją pieśń mocy na dyktafon i posłuchaj. A w każdym razie zapamiętaj! Śpiewaj ją co jakiś czas, zwłaszcza, gdy uznasz, że potrzebujesz więcej energii. A jeśli kiedyś poczujesz osłabienie, przygnębienie lub nawet depresję, to zwróć się do swojej pieśni i zacznij ją z pełnym zaangażowaniem śpiewać nie przerywając przez co najmniej piętnaście minut. Gwarantuję, że taki śpiew pozwala uzyskać jeśli nie całkowitą, to na pewno częściową poprawę nastroju.

poniedziałek, 16 listopada 2009

UZDRAWIAJĄCA MATKA ZIEMIA

Uzdrawiająca Ziemia Jeśli pokochamy i obdarzymy szacunkiem naszą Ziemię, to okaże się, że Ona wciąż potrafi uzdrawiać i doradzać kierując naszymi krokami i rozwiązując za nas nawet najtrudniejsze problemy. Do tego potrzebna jest pradawna, szamańska postawa pełna szacunku i umiłowania Ziemi jako naszej Matki. O tym jak bardzo oddaliliśmy się od takiej postawy, amerykańscy Indianie wiedzieli już z dawno temu obserwując zachowanie białego człowieka. Oto fragment przemowy, jaką przed ponad 150 laty, wódz Indian Seattle wygłosił do swoich współplemieńców: „Wielki Wódz w Waszyngtonie zawiadamia nas, iż życzy sobie kupić nasz kraj. Przemyślimy jego propozycję, bo wiemy, że jeśli ziemi nie sprzedamy, przyjdzie Biały Człowiek z bronią i zagrabi ten kraj. Ale jak można handlować niebem czy ciepłem ziemi? Jeśli my nie posiadamy ani chłodu powietrza, ani blasku wody, to jak wy możecie to od nas kupić? Każda połać tej ziemi jest dla mojego narodu święta, każda błyszcząca igła jodły, piaszczysty brzeg, mgła w ciemnych lasach, brzęczący owad - wszystko to jest święte: w myślach i w działaniach mojego narodu. Sok płynący w drzewach nosi w sobie wspomnienie Czerwonego Człowieka. My jesteśmy cząstką Ziemi i ona jest cząstką nas. Pachnące kwiaty to nasze siostry; sarna, koń, wielki orzeł, to nasi bracia. Skaliste góry, soczyste łąki, ciepło ciała kucyka i człowiek, wszystko to należy do jednej rodziny. Jeżeli sprzedamy wam ten kraj, musicie wiedzieć, że jest on święty i uczyć wasze dzieci, że każdy duch odbijający się w czystych wodach jezior opowiada o wydarzeniach i tradycjach naszego narodu. Szmer wody jest głosem naszych praojców. Rzeki są naszymi braćmi; to one gaszą nasze pragnienie, dźwigają łodzie i żywią nasze dzieci. Jeżeli sprzedamy nasz kraj, to musicie o tym pamiętać i uczyć wasze dzieci: rzeki są naszymi braćmi i waszymi. Odtąd musicie je szanować tak samo, jak każdego innego brata. W miastach Białych brakuje ciszy. Nie ma takiego miejsca, gdzie można by słuchać, jak rozwijają się liście wiosną, jak brzęczą owady. Ale może to tylko dlatego, że jestem dziki i nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć. Miejski łoskot jest zniewagą dla uszu. Co to za życie, gdy nie można usłyszeć głosu samotnego lelka albo nocnego kumkania żab w stawie?” Po wysłuchaniu tej przemowy sprzed 150 lat możemy zadać sobie pytanie: czy coś się zmieniło od tamtych czasów? W pewnym stopniu na pewno tak. Mamy większą świadomość ekologiczną, segregujemy śmieci, powoli zaczynamy oszczędzać energię oraz zasoby Ziemi. Ale czy w głębi nas zmieniają się nasze uczucia do planety? Ostatnio miałem okazję posłuchać aborygeńskiego strażnika pradawnych tradycji, Boba Randalla, który opowiadał czym dla Aborygenów jest Ziemia. „Żyliśmy na Ziemi jak ludzie ziemi i to był nasz naturalny sposób życia - być częścią tych wszystkich dobrodziejstw. Nic nie było czymś różnym od ciebie. Jeśli żyjesz, to łączysz się ze wszystkim, co żywe, stajesz się jednością z tym. I tak byliśmy wychowywani w dzieciństwie. Posiadanie ziemi było dla nas czymś całkowicie innym od tego, jak rozumieli to Anglicy. My nie byliśmy właścicielami ziemi, zamiast tego byliśmy własnością Ziemi, należeliśmy do Niej. Wszystko, co posiada ciało, kiedyś umrze, ale Ziemia będzie nadal istnieć. I dlatego powinniśmy się o nią troszczyć, tak jak troszczymy się o nasze matki. Troska o Ziemię i obdarzanie jej bezwarunkową miłością oraz poczucie jedności z Nią określamy słowem Kanyini. Możesz to poczuć, gdy czujesz się dobrze na jakimś terenie, wówczas jest to tak, jakbyś mieszkał razem z rodziną, bo to, co widzisz, wszystko, co żyje, faktycznie jest twoją rodziną, rośniesz i żyjesz wraz z nią. I wtedy nigdy nie poczujesz się samotny. To jest niemożliwe, bo ze wszystkich stron otacza cię rodzina, od ziemi pod stopami do wysokich drzew. To piękny sposób życia. Nikogo na zewnątrz nie wypychasz, a zamiast tego wszystkich zapraszasz do środka. Dla nas, wszystko, co powstało i co nas otacza, jest doskonałe od samego początku, a więc po prostu stań się częścią tego. Wówczas poczucie pełnego zrozumienia tego, kim naprawdę jesteś, okazuje się wspaniałym doświadczeniem. To coś tak pięknego, że nie zamieniłbym tego odczucia na nic. To dlatego mieszkam obok świętej góry Uluru. Mam wielkie szczęście.” Czy pradawna wiedza o Ziemi może nadal pomagać ludziom żyjącym teraz w Europie? Okazuje się, że tak.
 Oto przykład: pewnego razu przyszły do mnie dwie siostry – posunięte już w latach panie, które zażarcie walczyły o spadek, a właściwie o prawa do ziemi, po śmierci rodziców. Przez wiele lat siostry nie mogły dojść do porozumienia, kierowały kolejne pozwy do sądu, kłóciły się, a nawet kilka razy doszło pomiędzy nimi do rękoczynów. Ziemia wraz z niezamieszkanym domem dziczała a wszyscy w rodzinie oraz w sąsiedztwie stracili nadzieję na rozwiązanie tego konfliktu. W końcu siostry trafiły do mnie, bo dowiedziały się, że zajmuję się również pracą z konfliktami. Na samym początku spytałem o co chodzi – i wówczas wszystko zaczęło się od nowa. Nie ma sensu opisywać szczegółów sporu, ważne, że w pewnej chwili obie wykrzyczały do siebie groźbę: „zabiję cię”.
Wówczas wpadłem na pomysł, że może jest za tym głębsza mądrość i powiedziałem: „dlaczego by faktycznie, choćby na chwilę nie umrzeć?” Kobiety były zaskoczone, a ja szybko zaproponowałem, żeby umarły „na niby”, czyli przez chwilę poudawały, że faktycznie pozabijały się nawzajem. Ponieważ i tak nic innego im nie pozostawało, postanowiły spróbować i wkrótce obie leżały na dywanie udając martwe i zakopane dwa metry pod ziemią. Poprosiłem, żeby wczuły się w tę sytuację i zaczęły mówić tak, jakby były zakopanymi w ziemi martwymi osobami. „Ach, nie żyję. Co za ulga. Kiedy tu leżę, w głębi ziemi, czuję grunt, po którym chodziłyśmy i który zawsze nas jednoczył. Kiedy żyłam, ciągle widziałam to, co nas różni, ale teraz widzę, że obie powstałyśmy z tego samego prochu” - powiedział duch jednej z nich. „Tak, to zdumiewające – odrzekł drugi „duch” – dobrze mi tutaj. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę być z tobą w tak bliskim związku. Teraz widzę, że obie jesteśmy dziećmi tej samej Matki Ziemi.” Wówczas znowu odezwała się pierwsza z sióstr:
 „Strasznie mi smutno, że przez całe życie nie potrafiłam zauważyć jak wiele nas łączy. Wiem, że są pomiędzy nami różnice, ale wiem także, że istnieje też coś wspólnego, głęboko ludzkiego.”
 „Tak, - przytaknęła druga siostra, - może spróbujemy komunikować się w taki sposób, który będzie brać pod uwagę zarówno Ziemię jak i pochowanych w Niej zmarłych.” 
Obie panie, mocno wzruszone leżały jeszcze przez jakiś czas na dywanie, jakby przyswajając wiedzę, której właśnie udzieliła im Matka Ziemia i zmarli. Później rozmawialiśmy o tym jakie to dziwne kłócić się o ziemię, zamiast jej słuchać oraz o tym, jak łatwo zapomina się o tym, co bardzo głęboko nas wiąże i łączy. W końcu przywołaliśmy także duchy zmarłych rodziców, symbolicznie pytając, co oni mają w tej sprawie do powiedzenia. Kiedy już wszystkie strony zostały wysłuchane, okazało się, że siostry odnalazły w sobie chęć do rozmów i wzajemnych ustępstw. To jednak jest już dalsza część historii. Jeśli pozwolimy sobie na szamańskie podejście do Ziemi, to odkryjemy, że Ona bez przerwy do nas przemawia. Słuchanie głosu Ziemi nie jest takie trudne i wcale nie trzeba udawać zmarłego. 

Kiedy nie wiesz, w jaką stronę ruszyć i co dalej robić, gdy masz jakąś blokadę lub nie wiesz jak zrealizować projekt, dzieło czy plan pozwól, żeby pomogła ci matka Ziemia. Niech ruch twojego ciała odpowie na pytania. Zapytaj sama siebie: W jakim kierunku Ziemia chce poprowadzić moje ciało? Jeśli nie wiesz od razu, spróbuj zrobić kilka kroków w różne strony świata i poczekaj na chwilę, w której twoje ciało samo zadecyduje, który kierunek jest najodpowiedniejszy. Następnie bardzo uważnie i powoli poruszaj się w tę stronę, równocześnie zadając sobie pytanie, co takiego oznacza dla mnie ten kierunek. Co mi przypomina, z czym się kojarzy? Gdyby pójść dalej tą drogą, to co znajduje się dalej, nawet za morzami i za lasami? Na przykład może cię „ciągnąć” na zachód, południe, wschód czy północ. Albo możesz pójść do rogu pokoju, bo jest tam spokój i cisza. Dowiedz się jakie znaczenie ma dla ciebie wybrane miejsce lub kierunek i zastanów się czy i w jaki sposób Matka Ziemia odpowiedziała na twoje kłopoty albo pytanie...

wtorek, 27 października 2009

wtorek, 15 września 2009

MEDYTACJA KU WOLNOŚCI

Inny rodzaj medytacji

Na całym świecie, od niepamiętnych czasów, ludzie zastanawiają się nad sensem istnienia lub choćby nad tym skąd biorą się ich problemy czy trudności. To właśnie z takich refleksji, poszukiwań, zadawanych pytań powstały różne metody pracy nad sobą polegające na śledzeniu tego, co się dzieje w naszym wnętrzu.
Na przestrzeni wieków powstawały przeróżne techniki i metody medytacji, które okazywały się bardzo przydatne w rozwiązywaniu trudności i dawały odpowiedzi na niektóre pytania. Pod koniec dwudziestego wieku mieliśmy okazję poznania wielkiego bogactwa technik medytacyjnych, które przyszły do nas ze wschodu. Odkryto również „na nowo” wiele zapomnianych sposobów medytacji od wieków wykorzystywanych na terenie Europy. 
rys. Alchemiczna fontanna (źródło) życia.
Same techniki medytacyjne można podzielić na kilka grup w zależności od tego jakie zmysły są przede wszystkim wykorzystywane w danej metodzie. Bardzo dużo sposobów medytacji skupia uwagę na odczuciach płynących z ciała. Na tym polega hatha joga, pranajama czyli koncentracja na oddechu, liczenie oddechów, niektóre rodzaje masażu, akupresury, metody relaksacyjne, biologiczne sprzężenie zwrotne, czy trening autogenny Schultza.
Jeśli najważniejszą rolę w medytacji odgrywa zmysł wzroku, to wówczas technikami medytacji stają się przeróżne odmiany wizualizacji, patrzenie w jeden punkt lub rozmywanie wzroku w przestrzeni, rysowanie i kontemplacja mandali, lub zajmowanie się snami, wizjami oraz interpretacja przekazywanych tą drogą symboli. Dla zmysłu słuchu medytacją może być rytmiczne bębnienie szczególnie w pewnych określonych, szamańskich rytmach pochodzących z bardzo odległych czasów. Podobnie działa na nasz umysł mantrowanie czyli powtarzanie pewnych fraz lub długich modlitw, a także długotrwałe śpiewy indywidualne oraz chóralne. Wsłuchiwanie się w wewnętrzne dialogi, jeśli korzystamy z nich w świadomy sposób jest również bardzo silną metodą pracy wewnętrznej. Kiedy potraktujemy ruch naszego ciała jako medytację, to okaże się, że zmieści się w tej grupie nie tylko Tai Chi, Chi Kung, medytacyjne, uważne chodzenie w stylu Zen czy niektóre sporty walki, ale także wirowanie derwiszów, ruch autentyczny czy nawet poranne przeciąganie się! Dla wielu osób medytacją bywa relacja z bliskimi osobami, tutaj bardzo popularna jest hinduska tantra, siddha joga, taoistyczna alchemia seksualna. Czasem medytacją może być nawet wspólny taniec taki jak tango. Warto do tego dodać zjawiska występujące w świecie, kiedy szczególnie się na nich koncentrujemy. Jest to typowe dla wszystkich kultur plemiennych, gdzie jeszcze żyją szamani. Tutaj ważna jest samotna wyprawa na pustkowie, w góry lub do lasu. Świat poprzez intuicyjne objawienie lub wizję przekazuje informacje i wiedzę osobie medytującej i przebywającej w łonie Matki Ziemi
Można w tym miejscu zastanowić nad tym, dlaczego powstało tak wiele, różnorodnych metod medytacji i dlaczego tak bardzo różnią się one od siebie, choć w efekcie mają prowadzić do podobnych rezultatów. Czy nie istnieje jeden skuteczny sposób medytacji? W dodatkowe zakłopotanie może wpędzić nas fakt, że wielu nauczycieli i mistrzów z różnych tradycji uważa, że ich metoda jest najwłaściwsza.
Wydaje się, że tak wiele technik powstało dlatego, żeby oddziaływać na wszystkie nasze zmysły, żebyśmy mogli jak najwszechstronniej rozwijać się , a także dlatego, że różnimy się od siebie; każdy człowiek posiada inne zdolności. Jedna osoba może być dobra w malowaniu, inna w śpiewaniu a jeszcze inna w tańcu. Sposoby medytacji powinny być dobierane najpierw do naszych wrodzonych zdolności a dopiero potem w celu rozwinięcia cech i zmysłów, które domagają się naszej uwagi, a z których rzadko korzystamy na co dzień.
Jednak poza wszystkimi technikami i sposobami medytacji najważniejsze jest samo podejście do wykonywanych przez nas nawet najzwyklejszych czynności. Jeśli mamy odpowiednią postawę to wszystko może stać się medytacja. Znam mistrzynię Zen, która ma czworo dzieci. Kiedyś zapytałem ją kiedy znalazła czas żeby medytować, odpowiedziała, że uważne wychowywanie dzieci to była właśnie główna część jej medytacji. Inna wielka mistrzyni buddyjska z Indii Dipa Ma, poradziła kiedyś młodej kobiecie, która właśnie urodziła dziecko, żeby karmienie niemowlęcia stało się jej główną medytacją, aby skupiła się tylko na tym zajęciu ze stuprocentową uwagą oraz energią. Karmiąca, niepiśmienna kobieta zaczęła postępować w ten sposób i osiągnęła wielki postęp nie tylko w medytacji, ale także w rozumieniu buddyjskich nauk.
Okazuje się, że dość często wskazane jest odejście od jakiegoś przepisu czy wskazówek udzielonych przez mistrza lub wielowiekowej tradycji właśnie po to, żeby odnaleźć indywidualną, najwłaściwszą drogę. Kiedy zaczniemy docierać do własnych sposobów medytacji, to może się okazać, że choć wydają się one przeciwstawiać większości zasad stosowanych w tradycyjnych szkołach, to dla medytującej osoby są w danej chwili najlepsze.
Niektóre typowe i szeroko stosowane zalecenia dla adeptek oraz adeptów medytacji i rozwoju wewnętrznego mogą okazać się wręcz szkodliwe dla zdrowia. Na przykład większość psychologów oraz nauczycieli jogi kładzie nacisk na rozluźnienie, masaż i relaks w sytuacji, gdy jesteśmy zbyt napięte/ci i od tego napięcia bolą nas mięśnie karku. Jednak nie zawsze jest to to właściwe postępowanie. Przy takim podejściu zapomina się o tym, że napięcie, które gromadzi się w karku może być ważne, a rozluźniając się nigdy nie dowiemy się dlaczego i w jakim celu nasze ciało wytworzyło napięcie właśnie w taki sposób i w tym miejscu. W psychologii tę metodę radzenia sobie z problemami i napięciami nazywa się często wypieraniem napięć.
W książce „O pracy nad samym sobą” psychoterapeuta Arnold Mindell pisze o tym, że w ciągu długich lat pracy z osobami chorymi na nowotwory zauważył, że właśnie wypieranie napięć mięśniowych często poprzedzało zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Tak jakby powierzchniowe napięcia mięśni schodziły wgłąb ciała i lokalizowały się w narządach wewnętrznych. Napięcia same z siebie nie znikają i bardzo często najlepszym sposobem pozbycia się ich na stałe jest działanie odwrotne, czyli chwilowe wzmocnienie tych napięć.
 
Pamiętam jak pracowałem kiedyś z pewną panią, która chronicznie napinała mięśnie karku oraz ramion i cierpiała na skurcze boleśnie unieruchamiające jej szyję. Praktycznie co trzy dni odwiedzała masażystę, ale zabiegi niewiele pomagały. Zdesperowana kobieta, gdy nic już nie pomagało, trafiła w końcu do mnie na terapię, a ja słuchając historii jej choroby pomyślałem, że skoro na nic nie zdały się masaże czy inne zabiegi fizjoterapeutyczne, to zapewne skupienie się na napięciu a nawet jego powiększenie może w przypadku tej pani okazać się najskuteczniejsze.
rys.: alchemiczny Duch Merkuriusz rezydujący w ciele i kierujący wewnętrznymi energiami
Zaproponowałem zatem, żeby zamiast rozluźniać się, jeszcze bardziej zwiększyła napięcie w okolicy szyi. Kobieta doskonale wiedziała jak to zrobić i po chwili prawie całkowicie schowała głowę pomiędzy ramionami. Zdumiewające, że potrafiła trwać w bardzo nietypowej postawie przez co najmniej dziesięć minut praktycznie bez poruszenia, a ja wyłącznie lekkimi dotknięciami oraz nielicznymi słowami zachęty pomagałem jej jak najgłębiej wejść w bardzo głębokie i wyjątkowe doświadczenie. Znalazła się w głęboko medytacyjnym stanie, choć nigdy w życiu nie praktykowała żadnej medytacji. Nagle jakby otrząsnęła się i krzyknęła z triumfem: „Już wiem! To była medytacja drapieżnego ptaka – napięcie w karku i w górze ramion jest jak wielka, uwięziona moc skrzydeł, które gwałtownie pragną się rozprostować. Od tej chwili będę latać jak sokół, wypatrywać łupu i błyskawicznie po niego sięgać.” Porozmawialiśmy jeszcze o tym, gdzie w jej życiu najbardziej potrzebna jest postawa drapieżnego sokoła, co jej nie pozwalało wcześniej tego robić oraz o tym co może zagrażać tej nowej postawie i jak najskuteczniej wprowadzać ją w życie, po czym opuściła mój gabinet i dopiero po dwóch latach przypadkowo spotkaliśmy się u wspólnych znajomych.

Jak tam bóle szyi? – zapytałem. Jakie bóle? - odpowiedziała trochę żartem a trochę z zaskoczeniem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że jej spontaniczna medytacja, w której wystąpiła postać zrywającego się do lotu sokoła było dokładnie tym, czego najbardziej potrzebowała w tamtym czasie w swoim życiu. Nie wchodząc w dalsze szczegóły dodam, że kobieta cierpiąca na bóle karku nie tylko rozwinęła skrzydła w swoim życiu, ale również zapomniała co to jest ból szyi.
Jeśli chcesz spróbować najbardziej naturalnej medytacji, która wypływa z twoich własnych potrzeb, a nie z usłyszanych instrukcji, to poszukaj spokojnego miejsca i nie spiesząc się zwróć uwagę na to jak oddychasz, policz kilka razy oddechy od jednego do dziesięciu a potem zadaj sobie pytanie: co takiego dostrzegam, czego jeszcze przed chwilką nie zauważałam/em? Czy coś szczególnego widzę, słyszę albo czuję? Następnie skoncentruj się na najsilniejszym albo najbardziej nieznanym doznaniu lub spostrzeżeniu. Wzmocnij to doświadczenie, aby jeszcze lepiej je poczuć, widzieć lub słyszeć.

 Jeśli coś widzisz, to zobacz bardziej, wyraźniej, dokładniej, dodaj brakujące szczegóły. Jeśli coś słyszysz, to posłuchaj uważnie co to za dźwięki lub głosy, o czym mówią, kto w twoim wnętrzu mówi albo śpiewa, itd. jeśli coś czujesz, to zbadaj czego doświadcza twoje ciało; bólu, rozkoszy, nieznanych odczuć, stłumionych uczuć? Wzmocnij to co czujesz. Możesz skupić się na jednym obszarze ciała, ale możesz także rozprzestrzenić swe doznanie na całe ciało i otaczający cię świat.
Następnie spróbuj zobaczyć to, co czujesz, usłyszeć to, co widzisz, poczuć to, co słyszysz i tak dalej. Początkowo może to być trudne, bo wymaga twórczego podejścia. Na przykład odczuwane w ciele pieczenie może stać się widzianym ogniem, który wydaje dźwięk podobny huczącego ogniska.
Zadaj sobie pytanie: dla kogo są te wszystkie doświadczenia?
Kto je przeżywa?
Po co to wszytko pojawia się i w jakim celu?
Kiedy już uzyskasz odpowiedzi, to możesz zastanowić się, czy i w jakim obszarze życia można wykorzystać informacje, które właśnie do ciebie dotarły ...

niedziela, 6 września 2009

Szamańska praca z nałogiem palenia papierosów

Szamańska praca z nałogiem palenia papierosów
czyli

PRACA WEWNĘTRZNA POP = o tym jakie skarby może ukrywać dym z papierosa ...

Poniższy tekst, to opis mojej pracy z paleniem, dokładnie sprzed 7 lat (lato 2002), kiedy zaczynałem odkrywać i tworzyć swoją metodę pracy z nałogiem palenia, znaną obecnie pod nazwą "Smoke Sense" (Sens Palenia). Postanowiłem się nim podzielić, ponieważ zauważyłem w nim głęboko szamańskie aspekty, a ponadto chciałem ujawnić jak z punktu widzenia biografii danego człowieka wiele ważnych treści kryje się w paleniu. Pracując z klientami z nałogiem palenia metodą "Smoke Sense" staramy się włączać - integrować te treści w życie zamiast - jak to ma powszechnie miejsce w innych metodach - wyrzucać je "na śmietnik" jako zbędne, niepotrzebne czy przeszkadzające. Dzięki temu człowiek, który myślał, że przez wiele lat bez sensu zatruwał sobie i innym życie wie, że wcale nie było to tak całkiem bez sensu - co zazwyczaj radykalnie poprawia poczucie własnej wartości i sprawia, że palenie przestaje być dłużej potrzebne...

Opisane poniżej doświadczenia i podejście wynikają z paradygmatu łączącego szamanizm, taoizm, [racę wewnętrzną  w ujęciu Junga (aktywne wyobrażanie) oraz osiągnięcia psychologii zorientowanej na proces. Uważam, że jedynie wewnętrzna (często "szamańska") podróż do wnętrza konkretnego doświadczenia może objawić jego znaczenie. Jest to rodzaj Vision Quest'u, co może oznaczać, że nałóg palenia jest potrzebny nie tylko danej osobie ale nawet i światu!
Nałóg palenia i samo palenie są wyłącznie znakiem, drogowskazem albo wierzchołkiem góry lodowej, która jest prawdziwym potencjałem uzależnionej osoby. Ten potencjał mówi o micie czy też o legendzie życia. O bardzo ważnym wieloletnim procesie rozwojowym danej osoby.
Ludzie palą papierosy głównie dlatego, że nie wiedzą jak odkrywać ten potencjał i jak z niego korzystać w codziennym życiu. Nie znają metody i sposobu. Są w subtelnym kontakcie ze znakami, przejawami Śnienia ukrytego za paleniem, ale nie wiedzą dokąd te znaki wiodą i co oznaczają... Odkrycie sensu oraz znaczenia palenia, pozwala bezproblemowo przekształcać je w kreatywne oraz pożyteczne działania i zachowania. Co więcej, takie odkrycie pozwala trafniej i pewniej podążać swoją wyjątkową drogą...

czwartek, 13 sierpnia 2009

Szamani z Australii

 
Posted by Picasa



Aborygeński szaman z Australii to mało znana postać i niestety coraz rzadziej spotykana. Ponieważ słowo szaman pochodzi z Azji, to oczywiście nikt w Australii tak się nie nazywa. Kiedyś mówiono po prostu „mądry człowiek”, lub „człowiek o silnym oku”, co w niektórych aborygeńskich językach wymawiano jako bainman, a w innych karadji. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu, na terenie najmniejszego kontynentu świata, w każdym plemieniu żył i praktykował uzdrowiciel. Na ogromnym terenie, dwadzieścia razy większym od Polski, przed przybyciem białego człowieka żyło niewiele ponad trzysta tysięcy osób. Aborygeni nie są jednolitą grupą etniczną, bo można się doliczyć ponad 300 narodów o różnych tradycjach, zwyczajach i kulturze. Kiedy w Australii zaczęli osiedlać się Europejczycy, używano ponad 250 języków i około 600 dialektów! Jest to także jedna z najstarszych grup etnicznych, która przez kilkadziesiąt tysięcy lat kultywowała i przechowywała starożytne tradycje duchowe. Ocenia się, że kultura duchowa Aborygenów liczy ponad 40 000 lat, a więc jest starsza niż kultura ludów malujących wspaniałe obrazy na ścianach europejskich jaskiń. Aborygeni również stosowali malarstwo naskalne i niektóre z rysunków liczących sobie ponad 10 000 lat pokazują rytualne tańce, które w niezmienionej formie są odprawiane do dzisiaj! W historii naszego świata nie istnieje i nigdy nie istniała duchowa tradycja, która trwała przez podobnie długi okres czasu.
Zasadniczo każdy Aborygen posiadał magiczne oraz paranormalne zdolności. Do pewnego stopnia stosowano czary i leczono się samodzielnie, ponieważ każdy człowiek posiadał podstawową wiedzę o ziołach i magii. Zioła oraz czary pomagały odwracać niepowodzenie, pecha, choroby czy śmierć. Tymi samymi metodami przywoływano powodzenie w miłości, w polowaniu czy w walce. Jednak, kiedy zwykły członek plemienia nie potrafił poradzić sobie samodzielnie, wyruszał po pomoc do karadji.
Karadji posiadali niezwykłe zdolności oraz magiczne siły. W przeciwieństwie do tradycji szamańskich innych rejonów świata aborygeński karadji nie korzysta ze środków zmieniających świadomość, ekstatycznych pieśni czy tańców, ale szuka wiedzy poprzez uspokojenie umysłu i medytację, co pozwala na lepszy odbiór informacji przychodzących ze świata.
Kiedy Europejczycy przyjechali do Australii, nie mogli uwierzyć w potężne, magiczne moce i zdolności, jakimi władali karadji. Niektóre z tych mocy należały do czarnej magii. Ich użycie było przyczyną choroby i często kończyło się śmiercią osoby, przeciw której zastosowano te zabiegi. Jedną z form tej magii jest wskazywanie, do którego wykorzystuje się kość, choć mogą to być również inne podłużne przedmioty. Karadji długo przygotowuje się do rytuału, aby zebrać konieczne moce, po czym skupia się na osobie ofiary wskazując na nią kością i wypowiada lub śpiewa specjalną formułę. Ponieważ są to działania magiczne, odległość z jakiej działa czarownik nie ma znaczenia. Za pomocą tego rytuału przekazuje się zabójczą myśl o chorobie, śmierci, umieszczeniu magicznej kości wewnątrz ciała lub kradzieży życiodajnego tłuszczu z nerek. Jeśli ktoś zapadnie na chorobę spowodowaną „wskazaniem”, to tylko inny, bardzo potężny szaman może go uzdrowić i odwrócić siłę zaklęcia.
Karadji potrafią także przesyłać myśli do innych osób, a nawet mogą sprawić, że dzięki mocy przesłanych myśli inna osoba zacznie działać zgodnie z ich wolą. Różni się to od hipnozy, która również jest bardzo powszechnie stosowana przez aborygeńskich karadji. W tym przypadku wystarczy sama siła skupionego wzroku i niekonieczne są wypowiadane słowa zawierające hipnotyczne sugestie. Podobnie jak nasi, europejscy jasnowidzący, karadji potrafią nie tylko odnaleźć zaginioną osobę na podstawie zdjęcia czy dowolnego przedmiotu należącego do tej osoby, ale potrafią także za pomocą przekazu myśli pomóc jej odnaleźć drogę powrotną lub dowiedzieć się co z nią się dzieje i czy dobrze się czuje.
Częstą praktyką są podróże do niebios w celu uwolnienia i spuszczenia na ziemię wody w postaci deszczu. Niezwykłą umiejętnością jest możliwość czytania w myślach innych ludzi oraz „widzenia” co dzieje się w odległych miejscach. Pewien Karadji wyjaśniał australijskiemu badaczowi jak to robi: „Czasem siadam obok jakiegoś człowieka, patrzę na jego głowę i mogę mu powiedzieć: 'Myślisz o tym i o tamtym'. Ten człowiek jest zdumiony. Pyta: 'Skąd o tym wiesz?' Na co ja odpowiadam: 'Potrafię widzieć w twoim umyśle.'”
Jednym z aborygeńskich sposobów dowiedzenia się co „słychać” w odległym miejscu, jest wysyłanie ducha opiekuńczego, który po powrocie opowiada karaji, co zobaczył i usłyszał. Inna właściwość aborygeńskich uzdrowicieli nazywana jest „silne oko”, co akurat nie dotyczy możliwości widzenia w czyimś umyśle. „Silne oko” to odpowiednik policjanta z wydziału śledczego, pozwala dostrzec przyczynę choroby, widzieć czy dusza jest jeszcze obecna w ciele, a przede wszystkim zobaczyć i wyśledzić ducha sprawcy choroby – na przykład innego czarownika, a nawet zaangażowane w to duchy zmarłych. W miejscach, gdzie za główną przyczynę chorób uważa się kradzież albo zagubienie duszy, „silne oko” pozwala ją odnaleźć i sprowadzić do ciała chorego.
Karaji potrafią też chodzić po ogniu, niespodziewanie znikać i pojawiać się, tworzyć złudzenia wzrokowe i słuchowe, które może zobaczyć czy usłyszeć wiele osób naraz, umieją stosować „szybki marsz” oraz medytują. W przypadku australijskiego karaji chodzenie po ogniu wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce czy na Hawajach. Karaji potrafi położyć się do płonącego ogniska w „europejskim” ubraniu, potarzać się i wstać, a na jego ubraniu nie widać nawet śladu ognia. Wielu karaji potrafi znikać i pojawiać się w innym miejscu na życzenie a także „wchodzić” w skały czy drzewa, tak jakby w nie wnikali, a potem z nich wychodzić. Tworzenie zbiorowych halucynacji bywa wykorzystywane do celów obronnych. Na przykład dwóch karadji pewnego razu broniło przed wrogiem swą grupę w taki sposób, że rozpalili wielkie ognisko i położyli się po obu stronach śpiewając magiczne pieśni. Wrogowie zobaczyli ich i usłyszeli, kiedy jednak dobiegli do ogniska i rzucili dzidami w leżących mężczyzn, śpiew ustał i okazało się, że trafili w dwie kłody drewna! Karadji nie kryjąc się spacerowali w bezpiecznej odległości. To doświadczenie zostało powtórzone kilkakrotnie, po czym zmęczeni i zniechęceni wrogowie wrócili do swego obozu. Karaji opanowali też „magiczny chód” i potrafią z szybkością galopującego konia, wspomagani przez swoje duchy przemierzać ogromne przestrzenie.
Kultura i zwyczaje Aborygenów pozwala każdemu z nich medytować, zastanawiać się nad własnymi przemyśleniami, czy pracować ze snami. Dzięki temu potrafią w każdej chwili otworzyć się na niezwykłe, paranormalne informacje oraz energie. Kiedy starszy człowiek medytuje, mówi się dzieciom następujące słowa:
„Kiedy widzisz jak starszy człowiek siedzi i nie rusza się – nie przeszkadzaj mu, bo cie okrzyczy. Nie baw się obok niego, ponieważ usiadł tam, żeby „widzieć”. Skupia się na swoich myślach, co pozwala mu czuć i słyszeć. Później, w specjalnej pozycji może się położyć , a nawet zasnąć. Wówczas będzie mieć wizje i usłyszy co mówią do niego duchy.”
Medytacje, szkolenie oraz praktyki aborygeńskich uzdrowicieli są bardzo podobne do tybetańskich joginów praktykujących tantrę a przede wszystkim dzogczen. Jogini praktykują na cmentarzach lub na polach kremacyjnych i to samo robią aborygeni medytujący oraz śpiący na grobach przodków. W tym przypadku nawet instrukcje do medytacji są zadziwiająco zbieżne. Opisany wcześniej, aborygeński magiczny chód jest taki sam jak tybetański szybki chód lung-gom-pa, gdzie podróżujący przemierza szlak długimi skokami prawie nie dotykając ziemi i przez cały czas znajduje się w transie. Również telepatia, umiejętność bycia w innym miejscu niż ciało, znikanie i przesyłanie myśli są częstym zjawiskiem wśród tybetańskich joginów.
Sam rodzaj medytacji stosowany przez Aborygenów jest bardzo zbliżony do medytacji tybetańskich, zwłaszcza stosowanych w tradycji dzogczen, gdzie najpierw pracuje się nad skupieniem i „jedno-upunktowieniem” umysłu, następnie nad wglądem, a potem, w różnych pozycjach siedzących i leżących wpatruje się w niebo aby zjednoczyć się z piątym elementem - elementem przestrzeni...
Naukowcy zastanawiali się skąd biorą się takie podobieństwa. Jednym z możliwych wyjaśnień polega na tym, ze Aborygeni przed pięćdziesięcioma tysiącami lat opuścili Indie i dotarli do Australii. Inna teoria mówi, że idee oraz praktyki były rozprzestrzeniane przez starożytnych wędrowców. Pierwsza teoria wyjaśniałaby wspólne korzenie mistyki oraz tradycji tybetańskiej i praktyk aborygeńskich, ponieważ obie mogą pochodzić ze wspólnego źródła – z pradawnych Indii lub nawet z legendarnej krainy Sziang Sziung, która otaczała górę Kailaś w zachodnim Tybecie siedemnaście tysięcy lat temu.

środa, 12 sierpnia 2009

SZAMAŃSKIE PODRÓŻE W KANALE SŁUCHOWYM I WZROKOWYM




Tajemnica szamańskiego bębna


Wpływ fal wysyłanych przez nasz układ nerwowy oraz związane z tym zmiany możliwości funkcjonowania mózgu są niezwykłym zjawiskiem, które szamani poznali już tysiące lat temu. Stwierdzono, że szaman może skutecznie działać, gdy jego mózg znajduje się w odpowiednim rytmie fal. To umożliwia mu wejście w trans pozwalające na podróż do innych światów.
W XX wieku naukowcy odkryli, że mózg człowieka pracuje na różnych falach w zależności od tego czym się akurat zajmujemy i w jakim jesteśmy nastroju. Różnice pomiędzy poszczególnymi falami i rytmami są tak duże, że spokojnie możemy zastosować powiedzenie mówiące o „nadawaniu” na różnych falach. Osoba, której mózg działa na jednej fali, będzie mieć trudności w porozumieniu się z kimś, kto odbiera na innej długości fal! W wielu przypadkach kłopoty z wzajemnym zrozumieniem się nie wynikają z różnic osobowości dwóch osób, ale z rytmów w jakich pracują ich mózgi. Badając aktywność elektryczną mózgu za pomocą elektroencefalografu (EEG) stwierdzono, że rytm naszych fal mózgowych można podzielić na cztery główne kategorie: beta, delta, theta i alfa.
Przez większość czasu nasz mózg wytwarza fale o częstotliwości około 14 herców – czyli 14 cykli na sekundę. Jest to rytm beta. Ten rytm dominuje w codziennym życiu. Kiedy w naszych mózgach przeważają fale delta – czyli zakres od 0 do 4 herców – oznacza to, że znajdujemy się w stanie głębokiego snu, śpiączki lub narkozy. Z kolei stan theta – częstotliwość od 4 do 7 cykli na sekundę, pojawia się w bardzo głębokim relaksie, lekkim śnie, medytacji, a także podczas marzeń, które zupełnie niespodziewanie pochłaniają nas na jawie z taką siłą, że zdarza się nam zapomnieć, co mieliśmy zamiar zrobić. Czwartym rodzajem fal emitowanych przez mózg są fale alfa – o częstotliwości od 7 do 14 herców. Bardzo często się o nich słyszy, ponieważ towarzyszą medytacji, jodze, relaksacji, pojawiają się tuż przed zaśnięciem i zaraz po przebudzeniu, a także w czasie narodzin i śmierci. Fale alfa bywają też nazywane stanem alfa, który znajduje zastosowanie w metodzie Silvy oraz we wszystkich technikach związanych z sugestią i hipnozą. Skuteczne uzdrawianie, zdolność jasnowidzenia, przepowiadania przyszłości i w końcu skutecznego stosowania magii możliwe jest jedynie wówczas, gdy nasz mózg znajduje się pod wpływem fal alfa. Kiedy znajdujemy się tym stanie, pracujemy w innym rytmie niż w codziennej rzeczywistości.
Jak osiągać takie stany świadomości? Ludzka pomysłowość jest w tym względzie nieograniczona i dzięki temu powstała bardzo duża liczba metod, o których można by napisać grubą książkę. Jednym z najskuteczniejszych sposobów jest muzyka, jednak musi być ona wykonywana w odpowiednim rytmie. Jeśli się mu poddamy, to po pewnym czasie nasz układ nerwowy dostroi się do niego i znajdziemy się w odmiennym, szamańskim stanie świadomości. Najstarsze sposoby wytwarzania tego stanu to monotonne stukanie kamieniem w skałę, albo dwoma kawałkami twardego drewna o siebie, co do dzisiaj stosują australijscy Aborygeni. Innym znanym zwłaszcza naszym dzieciom instrumentem są grzechotki, klaskanie w dłonie, granie na łuku i drumli, a przede wszystkim gra na bębnie.
Dla szamana bęben to święty instrument, a zarazem pojazd, na którym szaman odjeżdża do innych światów. Nie jest to bęben afrykański, w który uderza się dłonią, ale płaski bęben, na którym gra się pałeczką. W zależności od kultury i regionu, szaman uważa swój bęben za konia, renifera, jelenia, tygrysa, a czasem ptaka. Zazwyczaj bębny są wykonywane ze skóry któregoś z wymienionych zwierząt. Duch tego zwierzęcia żyje nadal w bębnie, a sam proces wytwarzania bębna i nadawania mu ducha oraz mocy, jest długotrwałym i skomplikowanym obrzędem.
Jednak oprócz specjalnego, rytualnego sposobu wytwarzania szamańskiego bębna najważniejszy jest sposób grania. Z reguły bęben wydaje niskie tony, z którymi rezonuje układ nerwowy człowieka. To z kolei wpływa na cały organizm. Znany amerykański antropolog Michael Harner powiedział kiedyś, że po dziesięciu minutach gry na bębnie, w umyśle osoby praktykującej szamanizm zachodzą zmiany podobne do tych, jakie występują u mistrzów Zen po kilkunastu minutach medytacji.
Badania wykazały, że słuchanie gry na bębnie robionym na wzór instrumentów szamańskich, w rytmie 8 - 3 uderzeń na sekundę (a więc 8-3 herców ), powoduje powstanie fal alfa i theta w korze słuchowej mózgu. Te rytmy przyczyniają się do zwolnienia akcji serca, pogłębienia oddechu, rozluźnienia napięcia mięśni i wprowadzają organizm w stan równowagi przynoszącej uzdrowienie. Najważniejsze okazuje się tempo grania na bębnie, bo na całym świecie szamani podczas ceremonii grają w rytmie 200 - 220 uderzeń na minutę. Właśnie ten rytm wywołuje szamański stan świadomości odpowiadający rytmom theta i alfa. Możemy to porównać do takiego stanu, w którym człowiek śni, a jednocześnie zachowuje codzienną świadomość.
Zazwyczaj szaman oprócz grania na bębnie, równocześnie tańczy i śpiewa. Czasami śpiew jest pieśnią mocy, a czasem jest to pieśń konkretnego ducha lub istoty, która potrafi uleczyć chorobę. Szamański śpiew może mieć słowa, ale mogą to być także niezrozumiałe dla nas „przypadkowe” dźwięki. Tempo śpiewu jest też bardzo ważne. Kiedyś odkryłem, że tybetańscy mnisi śpiewają bardzo dużo mantr i pieśni w tempie 200 - 220 sylab na minutę – dokładnie w takim samym rytmie w jakim szamani grają na bębnie. W takim tempie śpiewa się na przykład stusylabową mantrę Buddy Wadżrassatwy, która ma moc oczyszczania zarówno złej karmy jak i niekorzystnej, zewnętrznej atmosfery duchowej.
Szamański rytuał z wymaga zazwyczaj pomocy i udziału wielu osób. Gdy w syberyjskiej jurcie szaman przystępuje do rytuału, posługuje się zazwyczaj dwoma bębnami. Jeden z nich, dla nabrania mocy i odpowiedniego dźwięku leży przy świętym ogniu, a na drugim bębni szaman. Gdy bęben, traci brzmienie na przykład z powodu wilgoci, szaman zmienia swojego „konia”, na którym „jedzie” do innego świata. W bębnowej podróży szamanowi towarzyszy pomocnik, często bywa to żona szamana. Rytuał wygląda tak, że szaman grzechotką, dwoma patykami albo innym instrumentem, śpiewem oraz tańcem nadaje właściwy rytm, a pomocnik go podejmuje. W tańcu bardzo pomocne są przypięte do stroju dzwoneczki i rytmicznie brzęczące, metalowe przedmioty. Kiedy część wstępna rytuału zostaje wykonana, a szaman wyczuwa, że duchy już nadchodzą, kładzie się na ziemię i wyrusza w podróż do świata Dolnego lub Górnego, podczas gdy pomocnik bez przerwy gra na bębnie podtrzymując trans szamana.
Jak już wspomniałem nie zawsze musi być to gra na bębnie. W niektórych tradycjach - na przykład u Lapończyków z północnej Skandynawii, po wstępnej grze na bębnie zgromadzone kobiety intonowały piękny, łagodny i delikatny śpiew o nazwie joik. Joik może być śpiewany zarówno ze słowami, jak i bez słów. Taki śpiew z powodzeniem zastępuje grę bębna podczas całej szamańskiej podróży. W Laponii grupa kobiet śpiewała na zmiany, a nieprzerwany śpiew mógł trwać nawet trzy doby. I przez ten czas szaman mógł leżeć całkowicie bez ruchu przebywając w bardzo głębokim transie.
Wspomniany wcześniej antropolog Michael Harner przystosował szamański sposób grania na bębnie do potrzeb współczesnych ,żyjących w miastach ludzi i nagrał bębnienie na płytę CD. Jeśli ktoś chce praktykować szamanizm w domowym zaciszu nie budząc sąsiadów waleniem w bęben, może założyć słuchawki na uszy i włączyć odtwarzacz. Osoby współcześnie praktykujące szamanizm w miastach uważają, że taki sposób jest skuteczny i niewiele odbiega od szamańskiego bicia w bęben sprzed tysięcy lat ...

czwartek, 9 lipca 2009

SEN CZĘSTO ZABURZA NASZE ILUZJE...



Niesamowity Dali: "Miękka konstrukcja z gotowaną fasolką - przeczucie wojny domowej", 1936


Kiedy nie dostrzegamy (pochodzących zazwyczaj od naszych bliskich) sygnałów, że może warto się zreflektować i coś w sobie i/lub w naszych relacjach zmienić, kiedy jesteśmy zanadto zahipnotyzowani naszym procesem pierwotnym (czyli tym, co nasze "ego" uważa za słuszne, ważne, ustalone i niezmienne, tym jak się określamy i wyrażamy w codziennym, "zwyczajnym" życiu) , to często zdarza się tak, że z pomocą przychodzi sen...

Jung jakże ładnie i trafnie to określił:

„Sen obrazuje wewnętrzną sytuację człowieka śniącego – sytuację, której prawdziwość i rzeczywistość w ogóle nie zostaje uznana przez świadomość, a jeśli nawet, to z wielkimi oporami… Sen to uzewnętrznienie arbitralnego, niezależnego od wpływu świadomości, nieświadomego procesu psychicznego, przedstawiającego prawdę i rzeczywistość takimi, jakimi one są; nie takimi, jakimi się wydają, ani nie takimi, jakimi powinny być zgodnie z pragnieniami pacjenta, ale takimi, jakimi są."


Np. możesz mieć sen o tym, że jest wojna i strzelają do ciebie, a ty się ukrywasz i oczywiście boisz się, że twoje "ego snu" występujące w śnie zostanie zabite lub co najmniej uszkodzone. Jestem przerażona/y i budzisz się zlana/y zimnym potem. Ktoś CIE usiłował zabić!!!
Wówczas możesz opowiedzieć partnerce/owi ów sen, a ona na przykład odpowie, że jedna część ciebie chce zastrzelić inną, i że właśnie weszła z tą "zastrzeliwaną" na wojenną ścieżkę. Możesz się wówczas oburzyć -- tak (między innymi) działają mechanizmy obronne usztywniające i chroniące "ego" czyli proces pierwotny twej tożsamości.
Ba! Możesz nawet sam zaatakować partnerkę - krzycząc: "co za bzdury wygadujesz o moim śnie !!! I to jeszcze takim autorytarnym i pewnym siebie tonem!"
W taki sposób może i obronisz swój "status quo" (czy też chwilowy status ego), ale sen na dłuższą metę okaże się zdecydowanie silniejszy -- bo oto już wszedłeś na wojenną ścieżkę. Masz wojnę, tyle, że z partnerką -- zamiast ze swoją wewnętrzną częścią, jak podpowiadała mądrość snu ...

I o tym właśnie pisze Jung: "Sen obrazuje wewnętrzną sytuację człowieka śniącego – sytuację, której prawdziwość i rzeczywistość w ogóle nie zostaje uznana przez świadomość, a jeśli nawet, to z wielkimi oporami…"

Jeśli brakuje nam świadomości -- to sytuacja lubi z "wewnątrz" przenosić się "na zewnątrz". Ale też (z drugiej strony) szanujmy nasz opór -- może czasem jest po prostu zbyt wcześnie, aby dokonywać radykalnych zmian w naszym obrazie "siebie". Może wystarczy na początek sama świadomość, że czas na zmianę/y i przygotowywanie się do tych zmian. Z drugiej strony, jeśli nieświadomość tego naprawdę radykalnie chce, to sen może się z-somatyzować i jakaś choroba lub przypadek dokona zmian "za nas" . Ciężki to i jakże trudny dylemat...



W "Śniącym ciele w związkach: Mindell ładnie pisze, że kiedy śni ci się z kimś konflikt, to możesz być pewien, że wkrótce zdarzy się on w rzeczywistości (niekoniecznie z tą osobą o której śniło się!). Czy jest to antycypacja zdarzenia? Raczej nie -- jest to kreacja naszej nieświadomości, Śniącego Ciała, które nie dzieli życia na czas snu i czas jawy. Dla Śniącego Ciała oba wymiary to tylko dwie strony tej samej, totalnej rzeczywistości ...

środa, 8 lipca 2009

Cień w świecie, pogoda, lawa, ciężary ....


Jung w (co ciekawe) pracy "Psychologie und Religion"
pisał:

"Człowiek, który ma dość odwagi, aby cofnąć wszystkie swoje projekcje (...)
wie, że cokolwiek jest złego w świecie, jest także w nim samym; jeśli tylko
nauczy się dawać sobie radę ze swoim cieniem, to uczyni coś istotnego dla
świata. Uda mu się wówczas odpowiedzieć przynajmniej na maleńką cząstkę nie
rozwiązanych problemów współczesności."

Atoli zarówno on (czyli Jung pod koniec życia) jak i np. Marie Louse von Franz byli pesymistycznie nastawieni co do przyszłości naszego gatunku a nawet co do
przetrwania całej planety. Praktyka sprawiła, że raczej nie wierzyli w
możliwość wycofania projekcji Cienia zwłaszcza w aspekcie zbiorowym i skłaniali się do wizji autodestrukcji świata w przewidywalnej przyszłości (50 do 100 lat licząc od końca lat 50-tych XXw)

Jung oraz inni (w dużej liczbie) analitycy zdecydowanie nie są przedstawicielami hurra-optymistycznego, "życzeniowego" podejścia (typu: jak będziesz o czymś myśleć pozytywnie i bez wątpliwości, to się spełni...).

Zadane, wielkie pytanie pozostaje wszelako: jak wiele moich/naszych projekcji "zła" widzianego w świecie jest produktem moich/naszych własnych wizji ? Ile jest moich "eksportowanych" projekcji, które być może właśnie teraz ktoś inny podchwytuje i nieświadomie wprowadza w życie będąc "zaśnionym" do tej roli i tych czynów? ("Zaśnienie" to termin Mindella, który określa zjawisko, gdzie ktoś inny zachowuje się i działa jak jedna z postaci z twoich /czy moich/ snów.) Podobne ALE NIE TAKIE SAMO zjawisko w psychoanalizie (u Melanii Klein) zostało nazwane "identyfikacją projekcyjną - co zresztą jest najbliższe "zaśnieniu" -- czyli dzieje się tak, gdy identyfikujesz się z czyjąś projekcją... )


Jakie wnioski? Jeśli "na poważnie" zajmiesz się pracą nad sobą i na przykład przyznasz się do tego, że to co widzisz w świecie jako "zło" jest również ( a może głównie) w tobie -- to wówczas pracujesz także dla dobra świata. Dla wzrostu jego świadomości i dla zredukowania szaleństwa w świecie.
Co to znaczy pracować "na poważnie"? Moim zdaniem na tu i teraz jest tak wówczas, gdy w pracy na jakimś problemem, zjawiskiem, czy niedogodnością zbliżamy się do tych samych kryteriów co w pracy ze snem -- które tak trafnie sformułował Robert Johnson. Czyli:

Po pierwsze:
sen /a w tym przypadku zdarzenie, nad którym się pracuje/ pokazuje ci coś, o czym wcześniej nie wiedziałeś/aś (coś nowego a nawet zaskakującego bądź wręcz oburzającego i denerwującego nas - a raczej nasze "ego"). Czasem pokazuje to naprawdę bardzo wiele razy, a sny tylko pozornie są o czymś innym.

Po drugie:

mądrość snu /zdarzenia nad którym pracujesz/ nigdy nie powiększa samo-zadowolenia i rozdętego (bądź narcystycznego) ego. Jeśli sen pokazuje ci jaki jesteś mądry, wspaniały i bogaty, to na pewno nie o to w nim chodzi.

Po trzecie:

w interpretacji snu /codziennych "na jawie" problemów/ nigdy nie obwinia się innych osób (choć obraz snu może na to wskazywać, a owi "inni" byli w stosunku do nas potworni) i zawsze mówi się o własnej odpowiedzialności śniącego za wszelkie wydarzenia - w śnie i na jawie.

Po czwarte:

interpretacja snu /zdarzenia - problemu/ znajduje zastosowanie do biegu życia i po zastosowaniu w praktyce zmienia je, a nie utrwala w dotychczasowych koleinach...

i to by było mądrości dzisiejszych na tyle...

dziś rano nie mogłem wstać -- byłem słaby, superciężki i "rozlany" jak lawa spływająca i stygnąca w powolnym ruchu z wulkanu na Hawajach .....Moja dusza chciała opuścić ciało i szybować wysoko.

niedziela, 28 czerwca 2009

ŚWIADOMOŚĆ LECZY

“Przyzwolenie by ego odeszło jest niezbędnym warunkiem wszystkich form wyższego rozwoju duchowego. Zrzeczenie się ego nie jest jednak aktem woli.”
C.G. Jung

Jung (oczywiście nie tylko on bo także np Perls, Rogers czy inni przedstawiciele licznych nurtów humanistycznych) uważali, że świadomość leczy. Jednak chodzi tu bardziej o "awareness" oraz "insight" niż tylko o "consciousness". Dla tych co znają różnice pomiędzy tymi słowami w j. angielskim jest to jaśniejsze niż dla tych, co znają prace Junga jedynie z przekładów.

Gdy mówi się o uzdrawiającym działaniu świadomości -- to chodzi bardziej o świadomość awareness połączoną z insight -- czyli COŚ do mnie DOCIERA i to z MOCĄ !!! Nie jestem już w stanie temu zaprzeczyć, choćbym próbował/a. i TO mnie zmienia.
Jeśli coś o sobie się dowiem, ale bez wstrząsu/wglądu typu !!! AHA !!! to raczej odrzucę tę prawdę. Takie odrzucanie może być jednak bolesne na dłuższą metę...

O ile Arnold Mindell (bazując na wglądach Junga i swojej praktyce "jungisty") opisał jak nieświadomość oraz Jaźń w postaci "śniącego ciała" przekształca się przy oporze na zmianę (której chce od nas Jaźń, Śniące Ciało, Wyższe Ja -- czy jakkolwiek TO nazwiemy) w np,. chorobę ciała czy niespodziewane i niechciane zdarzenie w innych kanałach, to Jung nazywał to LOSEM lub nawet przeznaczeniem.
Dość krótko pisał w np pozycji "AION":

"KIEDY WEWNĘTRZNA SYTUACJA NIE JEST UŚWIADOMIONA, WYDARZY SIĘ NA ZEWNĄTRZ - JAKO ZDARZENIE LOSOWE"
(para. 126)

troche szerzej poniżej ...


'Nie będzie też chyba przesadą, gdy dodamy, że metoda konsekwentnego wspierania świadomego stanowiska sama w sobie ma dużą wartość terapeutyczną i nierzadko wystarcza do osiągnięcia zadowalających rezultatów. Mniemanie, jakoby analiza nieświadomości była jedynym panaceum i dlatego należałoby ją stosować w każdej sytuacji, to fatalny przesąd. Analiza nieświadomości to jakby interwencja chirurgiczna – za nóż chwytać należy dopiero wtedy, gdy wszystkie inne środki zawiodą. Jeśli nieświadomość się nie narzuca, najlepiej zostawić ją w spokoju. Niechże więc czytelnik łaskawie uzmysłowi sobie, że moja analiza zjawiska przeniesienia bynajmniej nie przedstawia codziennej pracy psychoterapeuty chodzi tu raczej o opisanie tych procesów, które występują przy przełamaniu barier normalnie odgradzających świadomość od nieświadomości, co nie jest regułą.'
(w C. G. Jung, 'Praktyka psychoterapii')

środa, 20 maja 2009

SIEDZĄC W OGNIU RANG, PRZYWILEJÓW i POTENCJALNYCH NAD-UŻYĆ


Arnold Mindell Na konferencji WorldWork (London 2008) omawia zaistniałe wcześniej interakcje w grupie 340 osób pracującej nad konfliktami etnicznymi. Pierwszy z lewej Gary Reiss, który był w kwietniu 2009 w Warszawie (foto: Miłka Kosińska).


ARNOLDA MINDELL'A FRAGMENTY o RANGACH z Książki "SIEDZĄC W OGNIU" w przekładzie
Basi Lindenberg i Beaty Wolfram (wydanie polskie 1998)

Więcej o rangach i przywilejach

Na nasze, zorganizowane przez grupę pracującą z procesem w Los Ange­les, spotkanie zatytułowane „Różnorodność, rasizm i społeczność"5 przyszli bardzo różni ludzie. Jeśli chodzi o status ekonomiczny, rozpiętość była duża •— od wyższej klasy średniej po bezdomnych. Zjawili się mieszkańcy Compton i ludzie spoza tej okolicy, staruszkowie i członkowie gangów, władze mia­sta, duchowni i byli więźniowie. Sala, w której pracowaliśmy, była częścią centrum handlowego w centralnej części miasta. Tuż obok na zewnątrz znaj­dowała się główna pętla autobusowa.
Atmosfera sali konferencyjnej była napięta. Ludzie spoza Compton obawiali się przebywać w tej okolicy, a gniew wisiał w powietrzu od samego początku konferencji. Wiele razy doszło do ostrej wymiany zdań i kłótni na tematy zwią­zane z rasizmem. Jedna z kłótni szczególnie dobrze ilustruje niniejszy wywód. Drugiego dnia konferencji pewien około pięćdziesięcioletni biały mężczyzna spokojnie, ale bardzo pewnie mówił o swoim doświadczeniu z grupami mie­szanymi etnicznie i o tym, jak bardzo nie lubi złości. Cały czas się uśmiechał.
Czarny mężczyzna po dwudziestce powiedział na to spokojnie, że biały* nie wie, o czym mówi. Biały go zignorował. Czarny wstał, stanął naprzeciw białe­go i z gniewem powiedział, że poczuł, iż się go nie słucha. Biały odmówił roz­mowy z „kimś tak wściekłym". Im głośniej mówił Czarny, tym wyraźniej biały się od niego odwracał, wciąż powtarzając, że jest otwarty na kontakt z każdym.

Buddyjska psychologia




Psychologia buddyjska

Psychologia buddyjska powstała wraz z narodzinami buddyzmu, czyli w VIw p.n.e. Pierwszy obszerny traktat opisujący życie i doznania psychiczne człowieka pojawił się w formie pisemnej w IIw p.n.e. jako część dzieła kosmologiczno - filozoficznego Abhidhamma (jęz. pali) Abhidharma ( w sanskrycie). Jest to najstarszy ze znanych buddyjskich zapisów na poświęconych tej tematyce, należy jednak zaznaczyć, że psychologia buddyjska kształtowała się na bazie wiedzy i doświadczeń wcześniejszych religii i filozofii, obszernie czerpiąc z wiedzy i doświadczeń tysięcy joginów mieszkających na obszarze Indii, a wcześniej prawdopodobnie na terenach dawnej Persji (Iranu i Iraku). Należy jednak zaznaczyć, że buddyzm wniósł całkowicie nowe wartości w dziedzinę poznawania psychiki człowieka, bowiem jako jeden z pierwszych tak rozbudowanych i komplementarnych systemów nie odwoływał się do sił wyższych, Boga, Stwórcy, czy innych wartości i atrybutów nadprzyrodzonych. Można więc powiedzieć, iż jest to pierwszy "naukowy" system psychologii powstały w dziejach Świata.

wtorek, 19 maja 2009

Śniące ciało - choroba i symptom jako przekaz z krainy snu



Wyspiański: "Topielica"

Śniące ciało: czyli o ciele, które śni i o podwodnych, merkurialnych mocach ...

Naukowcy zajmujący się badaniami nad snem stwierdzili, że nocą nawet kilka razy przechodzimy przez paradoksalną fazę snu i wówczas śnimy. Nie pamiętamy snów wówczas, gdy budzimy się po dłuższej chwili od zakończenia tej fazy snu. Z upływem czasu wspomnienie o śnie blednie i zanika. Nawet, gdy obudzimy się pamiętając cały sen, to po kilku godzinach szczegóły się zacierają, a później także główny temat snu.
Nasze, powszechnie akceptowane rozumienie snu i śnienia zakłada, że to my śnimy, tak jakbyśmy tworzyli sny. Jednak wiele pierwotnych plemion uważa, że sny, to ważne wiadomości pochodzące od bóstw lub inaczej mówiąc, z „wyższych” światów. Choć psychologowie i neurolodzy stworzyli wiele teorii wyjaśniających pochodzenie snów, to tak naprawdę nikt nie wie skąd biorą się sny. Możemy zatem odwrócić nieco zwyczajne podejście i stwierdzić, że to nie my śnimy sny, ale że sny się nam przytrafiają...
Sny, nawet te, o których zapomnieliśmy nie znikają w ciągu dnia. Jeden z najbardziej znanych, a z pewnością najbardziej twórczy ze współczesnych psychoterapeutów, Amerykanin Arnold Mindell pracując z osobami ciężko i śmiertelnie chorymi odkrył zjawisko, które nazwał „śniącym ciałem”. Wykazał też, że to, o czym mówią nasze sny, często objawia się w ciele w postaci symptomów. Na przykład sen o wulkanie może być bezpośrednio związany z rozrywającym bólem głowy lub brzucha. Bardzo często symptom pojawia się po śnie, który w jakiś sposób mówił lub zapowiadał chorobę.
Obraz wulkanu ze snu obrazuje nasze nieuświadomione uczucia, potrzeby lub pragnienia. Może to być na przykład potrzeba „wylewnej”, „wulkanicznej” i „gorącej” aktywności albo wręcz wyrażenia gniewu.
Odkrywanie i rozumienie snów przejawiających się poprzez ciało wymaga podejścia pełnego wyrozumiałości, współczucia oraz demokracji. Jest to zupełnie nowy i czasem zaskakujący sposób postrzegania chorób. W tym ujęciu symptom czy dolegliwość jest, podobnie jak sen, znakiem lub raczej informacją, którą należy odszyfrować i ewentualnie zastosować w życiu. Z tego punktu widzenia choroba nie jest czymś, z czym należy walczyć, natychmiast usuwać czy wyeliminować, ale jest ważnym przesłaniem. Jeśli skutecznie odczytamy to przesłanie i wprowadzimy je w codzienne życie czyli w jakimś stopniu zmienimy się postępując zgodnie z sugestiami płynącymi z dolegliwości, to często okazuje się, że symptomy „znikają” ponieważ informacja zostaje dostarczona do systemu ciało-umysł”. W przypadku chorób chronicznych zmiany sugerowane przez symptomy bywają bardzo duże, radykalne i dotyczą przebudowy całego sposobu życia. Ą związane z mitem życia, czyli głównym zadaniem, wyzwaniem (w więc i trudnościami) jakie chory ma do wykonania (oraz przeszkód do pokonania) w swoim życiu.
Nawet jeśli symptomy choroby nie znikają, to każdy wysiłek podjęty w celu poznania siebie oraz tego, o czym informuje nas choroba jest niezwykle wartościowy i zazwyczaj łagodzi objawy. Dzieje się tak dlatego, że zmieniamy podejście do naszej choroby. Przestajemy być ofiarą choroby, a zamiast tego stajemy się osobą współpracującą z energią zawartą w symptomach. Stajemy się badaczami własnych symptomów oraz uczniami mądrości płynącej z ciała. Arnold Mindell w wielu swoich książkach opisuje przykłady pracy terapeutycznej z osobami cierpiącymi na poważne schorzenia. W książce „O pracy ze śniącym ciałem” podaje przykład pracy z mężczyzną chorym na SM.

Wspomniany mężczyzna, kołysząc się do przodu i do tyłu, wszedł o kulach do gabinetu Mindella..
- "Zauważyłem, że kołysze się pan do przodu i do tyłu" – stwierdził Mindell -- "może taki rodzaj ruchu jest dla pana właściwy".
- "Kim pan jest by mówić, że to jest właściwe?" -- odpowiedział mężczyzna. Mindell odrzekł, iż sam fakt, że tak mu się dzieje jest właściwy. Przecież on tego nie robi. Po chwili Mindell zapytał, czy nie powinni przestać zajmować się tym tematem. Jednak chory mężczyzna odrzekł, że chce się dowiedzieć czegoś więcej. Mindell poprosił go o odłożenie kul. Dla człowieka, który samodzielnie nie potrafi stać, jest to naprawdę trudne doświadczenie. Po chwili wahania mężczyzna odłożył kule, zaś Mindell zasugerował, aby doświadczał wszystkiego, co dzieje się z nim w chwili, kiedy stoi bez wsparcia.
Mężczyzna oburzył się i odrzucił tę sugestię. Mindell podniósł kule, podał je mężczyźnie mówiąc: - "Zapomnijmy o tym". Jednak mężczyznę zaintrygowało niezwykłe podejście terapeuty i postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o swojej chorobie. Po pewnym czasie faktycznie odłożył kule i zaczął poruszać się do przodu i do tyłu jak osoba pod wpływem alkoholu. Nie mógł chodzić, ponieważ jego nogi nie chciały go słuchać. Nagle upadł.
Powiedział, że poczuł jakby coś ciągnęło go na dół. Mindell zaproponował powtórzenie eksperymentu, tym razem ze szczególnym zwróceniem uwagi na to, co dokładnie ciągnie go na dół w chwili upadania. Kiedy znowu spróbował, chodzić i po ponownym upadku wstał, wyjaśnił, że było to odczucie, jakby ktoś inny miał nad nim kontrolę. Kiedy upadał, nie panował nad sobą. Mężczyzna dodał, że choć w rzeczywistości nigdy nie umiał panować nad sobą, to zawsze chciał być panem samego siebie oraz posiadać pełną kontrolę. Po chwili dodał jeszcze, że niedawno zakochał się i bezskutecznie próbował przestać kochać. Również i w tym przypadku coś – czyli niespodziewana miłość przyczyniało się do jego „upadku”. Warto tutaj wyjaśnić, że w jęz. angielskim zakochać się to: fall in love, co w dosłownym przekładzie oznacza: upaść w miłość.
Mindell wyjaśnił mężczyźnie, że choć chęć sprawowania kontroli nad własnym życiem jest ważna, to jest jednak w znacznym stopniu ograniczona. Na przykład nie potrafimy panować nad zdrowiem ciała czy nad treścią snów. W przypadku opisywanego mężczyzny doświadczenie braku kontroli było ważnym procesem wskazującym na kierunek jego dalszego rozwoju. Mindell powiedział mu o tym, zaś mężczyzna zdobył się na odwagę i stanął jakby był zupełnie zdrowy, normalnie, nie trzęsąc się.
- "To zadziwiające - oświadczył - bez kontroli potrafię stać nieruchomo."
- "To prawda, lecz czy pozwolisz, żeby twoje życie uczuciowe ułożyło się w taki sam sposób?" -- zapytał Mindell.
Pomimo zrozumienia swojego problemu mężczyzna wahał się i przyznał, że nie sądzi, by mógł sobie pozwolić sobie na tak spontaniczne zachowanie. Nadal pragnął posiadać kontrolę. Mindell powiedział mu, by zachowywał się w życiu tak, jak sam uzna to za stosowne. Jednak teraz posiada wiedzę, pozwalającą mu na to, żeby z chwilą, gdy choroba zacznie go irytować, miał możność dokonania wyboru. Może na przykład kierować się informacjami płynącymi z symptomów i porzucić przynajmniej na jakiś czas swoje „codzienne” ja pozwalając sobie na utratę kontroli.

W tego typu przypadkach często mamy do czynienia z paradoksem. Sama choroba może okazać się lekarstwem. Sny oraz nasze śniące ciało podpowiadają najlepsze rozwiązania. Czyż to nie zdumiewające, że z chwilą gdy pacjent porzuca potrzebę kontroli okazuje się, że potrafi stać stabilnie! Jak widać podejmowanie ryzyka często okazuje się być bardzo dobrą i zdrową metodą.
Śniące ciało (a właściwie symptom – choroba) opisanego człowieka śni o tym, że w jego przypadku zaniedbana została potrzeba rozwijania spontaniczności oraz swobodnego wyrażania uczuć. Chory nieświadomie chce zanurzyć się w świat uczuć, ale lęka się, bo wówczas utraciłby kontrolę. Jednak nad uczuciami, podobnie jak nad symptomami nie sposób zapanować ani nie można ich poddać kontroli. Tak brzmi wiadomość ukryta w symptomie tego pacjenta.
Jeśli twoje ciało wykonuje niekontrolowane ruchy, to niekoniecznie musisz je tłumić. Możesz zamiast tego pozwolić im zaistnieć i podążać za nimi, a nawet twórczo je rozwijać. Później możesz zastanowić się, o czym twoje ciało pragnęło cię poinformować, gdyby założyć, że samo wykonało rodzaj tańca pełnego znaczenia i treści.
Oczywiście na zakończenie koniecznie trzeba dodać, że każde uogólnienie jest ryzykowne a nawet szkodliwe. Podobnie jest z interpretacją snów. Taki sam sen oraz podobny symptom mogą oznaczać coś bardzo różnego dla wielu osób. Nadmierna kontrola nad wszelkimi aspektami życia, a zwłaszcza nad uczuciami nie we wszystkich przypadkach jest informacją, jaką niesie taka choroba jak SM. Tę informację zawsze trzeba odkrywać samemu lub z pomocą terapeuty. Nieraz wymaga to wielkiego wysiłku oraz podjęcia ryzyka polegającego na tym, że zmieni się nasz dotychczasowy obraz „siebie ...

Terapia "Gadana" i Doświadczalna jest skuteczna


Tę wiadomość znalazłem na stronce "Unus Mundus" i uznałem, że warto pro-pagować :)
(przełożę w wolnej chwili) Wszak mówi o tym, czego nie chciałby słyszeć konceny farmaceutyczne oraz promowane przez ubezpieczalnie krótkoterminowe terapie poznawczo-zmieniawcze"


Intensive psychoanalytic therapy, the “talking cure” rooted in the ideas of Freud, has all but disappeared in the age of drug treatments and managed care.

But now researchers are reporting that the therapy can be effective against some chronic mental problems, including anxiety and borderline personality disorder.




In a review of 23 studies of such treatment involving 1,053 patients, the researchers concluded that the therapy, given as often as three times a week, in many cases for more than a year, relieved symptoms of those problems significantly more than did some shorter-term therapies.

The authors, writing in Wednesday’s issue of The Journal of the American Medical Association, strongly urged scientists to undertake more testing of psychodynamic therapy, as it is known, before it is lost altogether as a historical curiosity.

The review is the first such evaluation of psychoanalysis to appear in a major medical journal, and the studies on which the new paper was based are not widely known among doctors.



Całość tego interesującego artykułu znajdziesz na stronie The New York Times:

http://www.nytimes.com/2008/10/01/health/01psych.html?scp=1&sq=psychoanalysis&st=cse