1 listopada ...

Studiowałem  kiedyś w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Zielonej Górze - teraz to Uniwersytet Zielonogórski jest. Mieszkałem w akademiku nieopodal samej uczelni. Czasy były to niezwykłe i bardzo intensywne. Lata 1983 - 1987.

W  Zielonej Górze i okolicach przeżyłem kilka wspaniałych lat od jesieni 1978 do 1988 roku. Wspaniałość polegała na intensywności pod każdym względem; rozwoju ciała, umysłu i emocji. Zamieszkałem w Drzonkowie  niedaleko od Zielonej Góry mając 15 lat. W tym Drzonkowie,  w szkołach średnich Zielonej Góry i w szkole pedagogicznej poznałem wspaniałych ludzi. Czytających dużo, bardzo dużo. Piszących i tworzących. Kreatywnych.
[ o tu niektórzy z nich: https://youtu.be/eKWaF6KIyMc ]
Większość z nich wiedziała kto to Kafka, Stachura, Cortazar, Sabato, Marquez, Bułhakow, C. Jung, Freud, Sartre, Camus, Kępiński, Dąbrowski a nawet Allan Watts czy Krishnamurti w czasach powszechnej cenzury, braku internetu i telefonów ... Czytali i pisali wiersze. Tworzyli muzykę, obrazy, kabarety, teatr. Komentowali, interpretowali. Każda z tych osób była na swój sposób niezwykłą i oczywiście wyjątkowa.
Jedną z tych osób był Andrzej Urbaniec. Rudy.
Rudy mieszkał w jednym pokoju 10 piętrowego akademika, blisko uczelni razem z żoną Iwoną i dzieckiem Radkiem (później przyszło do nich jeszcze dwoje dzieci). Radek był bardzo energicznym chłopakiem. Nie za bardzo chciał zasypiać wieczorami, więc Rudy spacerował z nim po schodach. Ale schody w 10 piętrowym akademiku są specjalną drogą - Drogą Spotkań. Bo windą wcale nie wszyscy jeździli, a niektórzy wręcz windę bojkotowali za to, że za rzadko działała!
Wspominam te schody, bo kilka szczególnych sytuacji się na nich zdarzyło. Jedna z najbardziej nieprawdopodobnych to moja ucieczka przed rozsierdzonym guru nauczającym jogi i Ahimsy wraz z przyboczną gwardią wyznawców !
No i czasami z Andrzejem się na schodach spotykaliśmy. Czasem w  pokoju Andrzeja i Iwony.
Co było i jest esencją Andrzeja?
Co było i jest Jego Śnieniem, które nigdy nie przemija?
Z tych dawnych lat "akademikowych" była tam troska o byt rodziny. Poczucie odpowiedzialności - może nawet nadmiernie akcentowane. Jednak imponowało mi i wziąłem sobie wówczas w pewnej mierze za wzór (wkrótce i do mnie przybyły dzieci...). Nocna praca w studenckiej spółdzielni przy czyszczeniu wagonowych kibli na stacji Zielona Góra. Chyba parę razy to razem robiliśmy po nocy...
Ostrość, przenikliwość, bezpośredniość, relacyjna bezkompromisowość. Ale też ciepło i zainteresowanie drugą osobą. Żywość i energia, może czasem uciążliwa.
Wymiana zdań idei, krótkich symboli, po których wiedzieliśmy szybko o co chodzi za kilkoma słowami stała cała treść, może pół biblioteki.
Kpina, ironia żart - kto za bardzo był na swoim punkcie narcystycznie czuły, to się obrażał i oddalał.
Będąc bliżej esencji Andrzeja byłem I JESTEM bliżej niego i siebie! Gdy odnajduję esencję  osoby żywej czy żywej poza ciałem, to i część siebie odnajduję. Tę część, która najżywiej rezonuje na tej samej fali i w tej samej niedualnej esencji. Odnajduję kawałek wspólny i nieśmiertelny. Gdy już nie mogę jej widzieć  i przeżywać poprzez tę wyjątkową osobę i dzięki niej, TO zmusza mnie do pełniejszego przeżycia w sobie. W tym świecie i w tym czasie. Ale i tę osobę - Andrzeja przeżywam i to czyni go nieśmiertelnym, bo żyje we mnie i ze mną teraz.
Słabość miał do alkoholu, jak paru innych przyjaciół z tamtych czasów. Owa słabość to taka sytuacja, w której niezauważalnie zasysa cię duch alkoholu jak gęste błoto i zawsze za późno zauważasz, że nie jesteś już w stanie samodzielnie podnieść nogi, i że coraz bardziej się zanurzasz...
Nie wiem jak i dlaczego umarłeś w wieku 50 lat...  Mam nadzieję, że w spokoju, bez bólu i bez strachu.
Żegnaj Przyjacielu - przyciskam i przytulam cię mocno do serca chcąc poczuć i usłyszeć jego rytm, wspólny rytm trwając w zetknięciu i bliskości...
piosenki posłuchaj proszę:

Komentarze