Kwestia współwłasności w wizji ekowioski

Jedną z  obaw pojawiających się w związku z współwłasnością  gruntu i zbudowanych na nim budynków polega na tym, że  któryś ze współwłaścicieli mógłby dążyć do sądowego fizycznego podziału i wydzielenia części "swojej".
Jednak gdyby zamknąć "podzbiory" całej wioski na działkach 2-3ha z jednym - dwoma budynkami na 6 - 10 rodzin każdy, to podział fizyczny i jego wydzielenie nie byłoby raczej możliwe z uwagi na to, że KAŻDY budynek miałby statut budynku jednorodzinnego (z maximum dwoma oddzielnymi mieszkaniami - prawo budowlane nie pozwala na więcej wydzielonych mieszkań nawet, jeśli budynek ma np. 600 m2 powierzchni!) z jedną dużą kuchnią, dużą jadalnią i dużą łazienką z kilkoma wannami, prysznicami, itd.) [ z doświadczenia wiem, że 2 prysznice i 2 ubikacje  + ubikacje "zewnętrzne" poza domem wystarczają bez problemu  na 20 osób]
Jak z tego wynika oficjalnie - prawnie uniemożliwia to "podział" fizyczny  na więcej niż 2 części (chyba, że ktoś zdołałby przekwalifikowac budynek na wielorodzinny ! - co jest mało prawdopodobne, bo niezgodne z warunkami zabudowy i pozwoleniem na budowę -- wymagałoby to także kosztownych adaptacji).

Osoba, która chce zatem pozbyć się  swojego udziału - może go co najwyżej  odsprzedać w swej cząstkowej - przypadające na nią ilości. Taka osoba raczej nie powinna liczyć na to, że udziały kupi ktokolwiek oprócz samej wspólnoty - kooperatywy. Zakupem może być zainteresowany ewentualnie ktoś nowy, chętny do wstąpienia w szeregi kooperatywy.
Wspólnota bądź kooperatywa może także zapewnić sobie prawo pierwokupu udziałów (np. po cenie nabycia wynikającej z kosztów inwestycji) jako całość z wyłączeniem możliwości odkupywania nieproporcjonalnej ilości udziałów przez któregokolwiek z członków

dalej z art.:
Joanny Erbel "Kooperatywy mieszkaniowe zamiast kontenerów" Drukuj
 
Jak zauważa Tom Wetzel, jeden z autorów książki Real Utopia*, „W kapitalizmie status gruntu i budynków mieszkalnych jako towaru wraz z cyklem inwestycyjnym budownictwa generują raz na jakiś czas upadek i obniżenie wartości osiedli robotniczych, a także migracje, kiedy to przedstawiciele wolnych zawodów i ludzie biznesu korzystają ze swoich wyższych dochodów, aby wypchnąć biedniejsze warstwy społeczne z ich mieszkań” (s. 84). Cytując planistę Petera Marcuse’a, Wetzel stwierdza, że przeciwieństwem rewitalizacji (kończącej się zazwyczaj gentryfikacją, czyli właśnie wypchnięciem biedniejszych z ich mieszkań), nie powinien być powolny rozpad i porzucenie nieruchomości, ale demokratyzacja mieszkalnictwa.
  
Zamiast własności prywatnej i strategii deweloperskich nastawionych na zysk Wetzel proponuje wspólnotowe fundusze gruntowe (community land trusts) i kooperatywy gruntowe, czyli zbiorowe formy własności ziemi, działające jak niekomercyjny deweloper budownictwa mieszkalnego, które byłoby zarządzane przez wspólnoty mieszkaniowe. Do takich funduszy czy kooperatyw należeliby mieszkańcy i mieszkanki danego osiedla. Wspólnotowy fundusz gruntowy może upoważnić swoich członków do kontrolowania przemian przestrzeni, rodzaju usług, jakie się tam pojawiają, oraz zapewnić odpowiednią liczbę mieszkań w cenach, które są dostępne nie tylko dla najbogatszych. Tego typu rozwiązanie pozwala uchronić dane osiedle przed negatywnymi skutkami spekulacji gruntowych. Zgodnie z propozycją Wetzela: „Mieszkania byłyby zazwyczaj sprzedawane w jakiejś formie ograniczonego prawa własności. Finansowa dostępność mieszkań byłaby na dłuższą metę generowane przez dzierżawę wieczystą. Dodatkowo osoba opuszczająca wspólnotę mieszkaniową byłaby zobligowana do odsprzedania mieszkania wspólnotowemu funduszowi gruntowemu po ustalonej cenie, co ma zapobiec wzrostowi cen nieruchomości. Idea funduszu sprzyjałaby uspołecznieniu gruntu i budynków” (s. 85).

Takie alternatywne podejście do własności gruntu i mieszkań nie tylko ucina spekulacje nieruchomościami, ale poprzez spadek cen mieszkań sprawia również, że obniżają się wydatki mieszkanek i mieszkańców miasta. Zwiększa się dzięki temu ilość wolnego czasu, który jest koniecznym warunkiem społecznego zaangażowania. Nawet najlepsze systemy konsultacji społecznych nie sprawdzą się, jeśli duża część zainteresowanych będzie zmuszona do pracy na dwóch etatach, żeby utrzymać siebie i swoje rodziny. Tańsze mieszkania nie powinny być traktowane jako nierealne żądanie grupki lewicowych radykałów, ale jako podstawa miejskiej demokracji. Czas wolny jest zasobem, który może zostać wykorzystany w budowaniu więzi społecznych istotnych do budowania miejskiej wspólnoty. Można go spożytkować na działania na rzecz okolicy: dbanie o budynki, ich otoczenie oraz pozostałe działania, które w innym wypadku trzeba zlecać odpłatnie zewnętrznym firmom. Czynsz za mieszkanie niekoniecznie trzeba płacić w całości w gotówce, może on być obniżany, jeśli ktoś będzie pełnił funkcję dozorcy, dokonywał małych napraw, czy w inny sposób działał na rzecz poprawy jakości przestrzeni publicznej lub półprywatnej, takiej jak kamienica czy blok.

Praca społeczna jako forma radzenia sobie z długami mieszkanek i mieszkańców lokali komunalnych byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem niż eksmisje do kontenerów. Zwłaszcza, że głównym argumentem stojących za eksmisjami jest konieczność zdobycia środków na remont kamienic. Jednak, aby możliwe były takie rozwiązania, należy ostro protestować przeciwko obecnej polityce mieszkaniowej miasta.

  
*Real Utopia. Participatory Society for the 21th Century, red. Ch. Spannos, AK Press, Oakland | Edinburgh | West Virginia 2008

Komentarze

  1. Świetny wpis. "Praca społeczna jako forma radzenia sobie z długami mieszkanek i mieszkańców lokali komunalnych byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem niż eksmisje do kontenerów." - w ogóle praca społeczna powinna być bardziej wykorzystywana.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz - twoja opinia/zdanie jest dla mnie ważne !