czwartek, 28 października 2010

TATUŚ

W książce Leonard "Zraniona Kobieta" jest część pt. "Ból". Zaczyna ją wiersz Sylvii Plath. Nieprzypadkowo. Poniżej przekład polski. Angielski oryginał warto przeczytać choćby dla jego niezwykłego brzmienia i rytmu, który robi na mnie wrażenie nawet, gdy nie rozumiem wszystkiego ...


Daddy

You do not do, you do not do
Any more, black shoe
In which I have lived like a foot
For thirty years, poor and white,
Barely daring to breathe or Achoo.

Daddy, I have had to kill you.
You died before I had time –
Marble-heavy, a bag full of God,
Ghastly statue with one grey toe
Big as Frisco seal

And a head in the freakish Atlantic
Where it pours bean green over blue
In the waters off beautiful Nauset.
I used to pray to recover you.
Ach, du.

In the German tongue, in the Polish town
Scraped flat by the roller
Of wars, wars, wars.
But the name of the town is common.
My Polack friend

Says there are a dozen or two.
So I never could tell where you
Put your foot, your root,
I never could talk to you.
The tongue stuck in my jaw.

It stuck a barb wire snare.
Ich, ich, ich, ich,
I could hardly speak.
I thought every German was you.
And the language obscene

An engine, an engine
Chuffing me off like a Jew.
A Jew to Dachau, Auschwitz, Belsen.
I began to talk like a Jew.
I think I may well be a Jew.

The snows of the Tyrol, the clear beer of Vienna
Are not very pure or true.
With my gypsy ancestress and my weird luck
And my Taroc pack and my Taroc pack
I may be a bit of a Jew.

I have always been scared of you,
With your Luftwaffe, your gobbledygoo.
And your neat moustache
And your Aryan eye, bright blue.
Panzer-man, panzer-man, O You –

Not God but a swastika
So black no sky could squeak through.
Every woman adores a Fascist,
The boot in the face, the brute
Brute heart of a brute like you.

You stand at the blackboard, daddy,
In the picture I have of you,
A cleft in your chin instead of your foot
But no less a devil for that, no not
Any less the black man who

Bit my pretty red heart in two.
I was ten when they buried you.
At twenty I tried to die
And get back, back, back to you.
I thought even the bones would do.

But they pulled me out of the sack,
And they stuck me together with glue.
And then I knew what to do.
I made a model of you,
A man in black with a Meinkampf look

And a love of the rack and the screw.
And I said I do, I do.
So daddy, I’m finally through.
The black telephone’s off at the root,
The voices just can’t worm through.

If I’ve killed one man, I’ve killed two –
The vampire who said he was you
And drank my blood for a year,
Seven years, if you want to know.
Daddy, you can lie back now.

There’s a stake in your fat black heart
And the villagers never liked you.
They are dancing and stamping on you.
They always knew it was you.
Daddy, daddy, you bastard, I’m through.


Tatuś

Nie wystarczysz mi już, nie wystarczysz
Mi już, czarny bucie,
W którym mieszkać musiałam jak noga
Przez lat trzydzieści, blada i niezdrowa,
Ani odetchnąć, ani kichnąć sobie.

Tatusiu, i tak uśmierciłabym, cię.
Umarłeś, zanim zdążyłam –
Ciężki jak marmur, worek pełen Boga,
Koszmarna postać z jednym sinym kciukiem
U nogi, wielkim niby foka z Frisco,

Z głową w dziwacznych falach Atlantyku,
Gdzie fasolowa zieleń wpada w błękit lnu,
W wodach opodal przepięknego Nauset.
Z modlitwą o twój powrót kładłam się do snu.
Ach, du.

W niemieckiej mowie, w polskim mieście
Rozpłaszczonym przez walec
Wojen, wojen, wojen.
Ale miast o tej nazwie jest sporo.
Polaczek, mój przyjaciel,

Mówił, że ich tam mają tuzin albo dwa.
Więc nigdy nie odgadnę, w które właśnie ty
Zapuściłeś się nogą i zakorzeniłeś
I nie przemówię już nigdy do ciebie
Mową, która więźnie mi w ustach.

Bo wpadła w potrzask z kolczastego drutu.
Ich, ich, ich, ich
Więzło mi w gardle.
O każdym Niemcu myślałam: to ty.
A ich obleśny język

Niby parowóz, niby parowóz
Sapiąc wiozący mnie jak Żyda,
Żyda do Dachau, do Auschwitz, do Belsen.
I zaczęłam mówić jak Żyd.
Myślę, że mogłabym być Żydówką.

Czyste śniegi Tyrolu, jasne piwo wiedeńskie,
Coś to z bliska mniej czyste się wyda.
Z moją krwią półcygańską, z pieskim szczęściem bez oka,
Z talią kart do taroka, z talia kart do taroka
Może jestem przypadkiem od Żyda?

Zawsze byłam przerażona TOBĄ,
Z twą Luftwaffe, z indyczym bulgotem,
Z tym starannym wąsikiem,
Z jasnym okiem aryjskim.
Panzer-stworze, panzer-stworze, Ach Ty –

Nie Bóg, ale swastyka.
Że nieba ani widać zza jej czarnej mgły.
Każda kobieta uwielbia Faszystę,
Ciężar buta na sobie, brutalne,
Brutalne serce zwierza takiego jak ty.

Tatusiu, stoisz przy tablicy
I ten obrazek w pamięć mi się wrył,
Prawda, że z przedzieloną brodą, nie kopytem,
Ale przecież nie mniejszy szatan,
Ale nie mniejszy czarny zbir,

Który serduszko przegryzł mi na pół.
Miałam dziesięć lat, kiedy spuścili cię w dół.
Miałam dwadzieścia, kiedy próbowałam umrzeć
I dostać się z powrotem, z powrotem do ciebie,
Myślałam: nawet kości moje ci wystarczą.

Ale wyciągnęli mnie z dołu
I poskładali mnie i posklejali.
I już wtedy wiedziałam, co zrobię.
Stworzyłam sobie model ciebie,
Faceta w czerni Meinkampfu.

Z miłością do obcęgów i łamania kości.
I rzekłam: chcę, o chcę.
I teraz już, tatusiu, wiesz wszystko.
Czarny telefon przycięty u źródła
Już nie będzie sączył obcych głosów.

Za jednym razem obu was ubiłam,
Także wampira, który mówił, że jest tobą
I przez rok krew moją pił.
Przez całych siedem lat, gdybyś chciał wiedzieć.
A teraz już, tatusiu, połóż się do grobu

Z kołkiem w tłustym czarnym sercu;
I wioska jednej łzy nie uroniła.
Teraz tańczą i depczą po tym, czym byłeś ty,
Oni zawsze wiedzieli, że ten wampir to ty,
Tatusiu, ty parszywcu, teraz już skończyłam.

przeł.: Jan Rostworowski


* Przypis biograficzny: ojciec Plath był Niemcem i pochodził z Grabowa, wyemigrował jednak do Stanów na długo przed wybuchem II wojny światowej i tam poślubił młodszą od siebie o ponad dwadzieścia lat, urodzoną już w Ameryce Austriaczkę z pochodzenia. Sylvia urodziła się w 1932, a Otto Plath zmarł w 1940 wskutek komplikacji związanych z cukrzycą. Był uznanym profesorem zoologii i specjalistą od pszczół. Jeżeli natomiast chodzi o próby samobójcze - Plath miała ich za sobą kilka, ostatnią podjęła w wieku lat trzydziestu; okazała się udana.

ZRANIONA KOBIETA cz II - O WEWNĘTRZNYM KRYTYKU

Kolejny, jak sądzę wspaniały fragment z przełożónej przeze mnie książki Lindy Schierse Leonard (podkreślenia moje - R.P.)

Puella i zdeprawowany starzec

Wiele kobiet zadaje mi pytania: Jak mam to zrobić? ... Nie jestem dobra ... Wszystko źle robię ... Nie ma nadziei ... Nikt mnie nigdy nie pokocha.

Kiedy o raz czy dwa razy za dużo powiedziałam to samo do siebie, zaczęłam się zastanawiać, co kryje się za takim brakiem wiary; co stoi za negatywnym obrazem samej siebie? Co utrzymuje kobiety w tak wielkim braku poczucia bezpieczeństwa i ufności, że pozostają wiecznymi dziewczynami, schwytanymi w archetypowy wzorzec puelli?
Nagle przyszedł mi do głowy powtarzający się motyw, wspólny obraz ze snów licznych kobiet, w tym również i z moich snów - obraz zdeprawowanego, sadystycznego starca. Poniższy sen ilustruje to zagadnienie.

@SEN = We śnie, seksualnie zboczony starzec podąża za młodą, niewinną dziewczyną i czyha na dogodny moment, w którym mógłby ją porwać. Powiedział, że czas unicestwienie nadejdzie, kiedy dziewczynka zacznie ubierać się w długie sukienki; czyli w chwili, gdy będzie gotowa stać się kobietą. Ale niewinne dziewczę miało przyjaciółkę, która ostrzegła ją przed tym człowiekiem, tak że była w stanie odwrócić się i skonfrontować z nim. Tajny plan porwania zawiódł, co rozwścieczyło zboczeńca i popchnęło w kierunku dziewczyny, lecz ona kopnęła go w krocze i odepchnęła zwijającego się z bólu. Oszalały z wściekłości starzec złapał za wiadro z wodą, w której wcześniej były myte truskawki i próbował nim rzucić. Ale dziewczyna była szybsza i przechwyciła wiadro, wylewając wodę na niego. Gdy to zrobiła, odezwał się głos: Oto zadanie znane z bajek napisanych w czterech różnych językach.

Sen pokazuje jaki zachodzi związek pomiędzy tymi dwiema postaciami: puellą i zdeprawowanym starcem. Obrazuje również czas dojrzewania oraz podkreśla niebezpieczeństwo tego okresu. Od tej pory zaczyna się bowiem świadoma konfrontacja, a wraz z nią możliwość radzenia sobie z tą, wewnętrzną postacią. Do tej możliwości wrócę później. Jednak najpierw chciałabym przyjrzeć się bliżej tym dwóm postaciom: puelli oraz zdeprawowanemu starcowi. Dzięki temu można odkryć dlaczego i w jaki sposób należą one do siebie.
Tak, jak każdej Persefonie odpowiada Pluton, który porywa ją i wciąga pod ziemię, tak i w psyche puelli zamieszkuje chora manifestacja skostniałej i autorytarnej męskiej strony. Potencjalnie jest to stary mędrzec, który zachorował i zrobił się wredny, gdyż długo pozostawał zaniedbywany. Uważam, że to zaniedbanie wynika z niewłaściwego rozwoju ojca, gdzie ojciec nie był w stosunku do córki zaangażowany i odpowiedzialny na poziomie erosa i logosa. Inaczej mówiąc, ojciec nie funkcjonował jako ojciec.
Kiedy brakuje wzoru takiej postawy ojca, która daje poczucie wewnętrznego autorytetu i ducha, lub gdy jest ona zdeformowana, stwarza to okazję do wkroczenia zdeprawowanego starca. Zgodnie z moim doświadczeniem, gdy w psyche istnieje niewykorzystywany potencjał, to zachodzi możliwość tego rodzaju deprawacji. Potencjał ojca istnieje we wnętrzu każdej osoby, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Żeby jednak rozwinąć potencjał, potrzebujemy doświadczenia. Potrzebujemy ciągłych badań i eksperymentów, sprawdzianów oraz prób i to jest właśnie sposób uczenia się wykorzystywania wewnętrznych zasobów.
Jeśli jednak faktyczny ojciec nie istnieje lub jeśli w czasie rozwoju córki prezentuje negatywny przykład, to w jaki sposób ma ona doświadczać tej części siebie i nauczyć się ją poznawać? Najprawdopodobniej będzie musiała polegać na tym, co usłyszy od matki i krewnych, będzie na nią wpływać kultura oraz własne fantazje, tworzone z powodu braku odniesienia do konkretu istniejącego w rzeczywistym świecie. Bardzo prawdopodobne, że jeśli ojciec był niedostępny dla córki, to nie istniał również dla żony. Możliwe zatem, że matka była rozgoryczona mężczyznami lub prezentowała cyniczne komentarze na ich temat, a tym samym mówiła o zdeprawowanym, negatywnym, wewnętrznym mężczyźnie, czyli o negatywnym związku z własną, wewnętrzną męskością. Nic zatem dziwnego, że córka może wychowywać się przejmując tak samo negatywny pogląd na ojca i mężczyzn, jednocześnie wytwarzając w sobie zniekształcony związek z wewnętrzną męskością. Kiedy wyobraźnia osiąga pełnię możliwości po stronie negatywnej, to łatwo może się wykształcić obraz "Sinobrodego". Taki scenariusz może zaistnieć zarówno wewnętrznie, jak i na poziomie kulturowym. Załóżmy, że kobieta wychowywała się w faszystowskich Niemczech - przykład ekstremalny, lecz opowiadający o miejscu, gdzie rządzą nazistowskie bestie. Jaki mogłaby mieć wówczas obraz ojca lub ducha? Lub choćby w Ameryce, gdzie tak często mężczyźni pozostają chłopcami i gdzie jest tak dużo rozwodów oraz niedotrzymanych, traktowanych koniunkturalnie przyrzeczeń.
(...)
Jakkolwiek jest to sytuacja ekstremalna, to myślę, że w większości wzorców puella - zdeprawowany starzec ważny jest jeden czynnik. W pierwszym z przytoczonych snów, niewinna dziewczyna musi skonfrontować się ze zdeprawowanym starcem. Czyniąc to, musi świadomie zwrócić na niego uwagę i nie udawać, że go tam nie ma, jak to miało miejsce w czasach jej niewinności. To właśnie świadome spotkanie, pozwala podjąć walkę i pokonać jego cyniczną, niosącą zagrożenie kontrolę. Oblanie go wodą po truskawkach jest jej kobiecą asertywnością, sprzeciwem przed ochlapywaniem pomyjami nieudanej miłości, a także afirmacją siły jej własnej miłości. Ale najpierw musi zmierzyć się z tą postacią, to znaczy poznać ją i nazwać. Dramat "Ostatniego tanga w Paryżu" wydarza się wówczas, gdy młoda dziewczyna boi się prawdziwego spotkania ze starszym mężczyzną, kiedy boi się dowiedzieć kim jest, zidentyfikować go i poznać jego imię. W przeciwieństwie do tego przykładu, zarówno w śnie, jak i w bajce "Titelitury" (niem.: Rumpelstilthcen"), właśnie dokładne poznanie imienia oraz zidentyfikowanie zdeprawowanej postaci zapobiega tragedii i ratuje dziewczynę przed schwytaniem przez wykolejeńca.

Jak przebiega taka identyfikacja i nazywanie? Jeden ze sposobów wiedzie poprzez sny, które ukazują wewnętrznych bohaterów oraz odkrywają dynamikę ich wzajemnych relacji. Kolejna droga, to zrozumienie naszych projekcji rzutowanych na inne osoby, fantazji o tym, jak inni powinni się naszym zdaniem zachowywać. Bajki, mity, literatura i film dostarczają znakomitych sposobności do obejrzenia siebie w różnych rolach oraz w odsłanianych przez nie wzorcach. Kolejną metodą jest aktywna wyobraźnia, czyli aktywny dialog z wewnętrzną postacią mający na celu odkrycie kim ona jest, po co się pojawiła i dlaczego zachowuje się w taki sposób. Jedna z poddających się analizie kobiet, w ramach aktywnej wyobraźni rozmawiała z postacią zdeprawowanego starca, który pojawiał się w jej licznych snach. Kiedy spytała go dlaczego był taki podły i wredny, odpowiedział:
"Panienko, wkurzasz mnie swoją niewinną cnotliwością. Odgrywasz biedną, bezbronną ofiarę. Najpierw mnie nie zauważasz, a potem mnie obwiniasz, ale ja także potrzebuję trochę uwagi i dlatego sprawiam ci kłopoty. Spróbuj mnie zrozumieć. Wtedy pojmiesz dlaczego jestem taki sfrustrowany i przykry."
Ta postać chciała powiedzieć, że była taka z powodu nieustannego ignorowania i udawania, że się jej nie zauważa. Kiedy śniąca zaczęła zwracać na niego uwagę, rozmawiać i przyjaźnić się z nim, starzec zaczął się zmieniać.
Tak więc zapominanie o zdeprawowanym starcu i pomijanie go sprawia, że puella pozostaje w bezradności i pasywności. Jak można zaniedbać taką postać na poziomie psychologicznym? Jednym z zaniedbań jest zaprzeczanie jej obecności. Przykładem może być postawa idealistycznego i nadmiernego optymizmu, który nie uznaje żadnych ograniczeń, pełna aspiracji postawa, w której panuje przekonanie, że wszystko jest możliwe i nie istnieje moc demonicznych aspektów cienia. Przykładem zaniedbania cienia u rwącej do przodu Donny Juany, jest ignorująca ograniczenia czasowe niecierpliwość, gdzie ważniejsza jest ucieczka w przyszłość, niż wykonywanie tego, czego wymaga teraźniejszość. "Ukochana laleczka" może wpaść w pułapkę nie potrafiąc uznać swojej ciemnej strony z powodu nadmiernie wyidealizowanych projekcji rzutowanych na nią przez ojca oraz przez jej partnerów. Odwrotnością tego jest, jak w przypadku niedostosowanej, utożsamienie się z aspektem cienia w ramach buntowniczej postawy, która nie konfrontuje się z postacią zdeprawowanego starca, ponieważ sama się zbytnio z nim zidentyfikowała. Przykładem tego jest ekstremalne zanurzanie się w alkohol, narkotyki i seks, ponieważ nie akceptuje się wówczas naturalnych ograniczeń ciała i życia emocjonalnego. W końcu "dziewczyna ze szkła" (porcelanowa panienka) lekceważy zdeprawowanego starca wycofując się w świat własnych fantazji.

Zdeprawowany starzec może zostać także zlekceważony, gdy próbuje się od niego uciec. Jedna z moich klientek była ścigana w swoim śnie przez niebezpiecznego starszego mężczyznę, który chciał ją wyprzedzić. Kiedy dobiegli do ogrodzenia, odwróciła się i kopnęła go w nogę. Mężczyzna potknął się i wpadł do dziury, w której znajdowało się podobne do trumny pudło. Usiłowała go zakopać, lecz nie dokończyła tego, a on wkrótce znowu był tuż za nią mówiąc, że i tak mu nie umknie. Lecz ona pofrunęła, lecąc zaś została zassana w powietrzną pustkę. W tym przypadku zdeprawowany starzec przejawiał się w jej świadomości częstym przyjmowaniem cynicznej i samokrytycznej postawy twierdzącej, że śniącej nic się nie uda oraz dręczył ją poczuciem winy za to, że jest taka "zła". Dlatego na wiele lat przerwała edukację, a kiedy w końcu podjęła ryzyko pójścia do szkoły, starzec sugerował, że i tak jej nie skończy. Ten sen pochodzi z okresu, w którym zaczęła konfrontować się z tą wewnętrzną postacią, ale jeszcze nie całkiem się to udawało, więc nadal próbowała uciec. Pustka w niebie, do której została wciągnięta, symbolizowała pustą przestrzeń w niej samej, poczucie przygnębienia i winy wywołane tym, że nie realizowała swoich możliwości, a zamiast tego projektowała je na swoich partnerów. Kiedy w trakcie terapii zaczęła sprzeciwiać się wewnętrznemu cynizmowi, w coraz mniejszym stopniu czuła się ofiarą okoliczności i zaczęła brać odpowiedzialność za własne decyzje. Postanowiła na przykład rozwijać się zawodowo i wówczas usłyszała cyniczny, zjadliwy głos, który krzyczał: "Nie zasługujesz na sukces!" Odkrzyknęła mu jeszcze głośniej, że głos się myli, a ona jest w stanie zrealizować swoje cele. Kiedy to zrobiła, otworzyły się przed nią nowe aspekty świata.

Jednym z powodów ucieczki przed taką postacią jest fakt, że może być ona bardzo demoniczna. Diabeł jest przecież czymś odrzuconym i zaniedbanym, ale także dumnym i próżnym. Te dwie cechy zaś - odrzucenie i duma - zazwyczaj wymieniają się miejscami w psychice. Kiedy czułam się odrzucona, to byłam skłonna mówić sobie: No cóż, pójdę sobie tam, gdzie naprawdę ktoś mnie doceni... Wynika z tego rzecz jasna, że odrzucenie nie spotyka się ze świadomym przekonaniem o własnej wartości, lecz jest to kompensacja na poziomie fantazji, która stwierdza, iż jest się w istocie kimś wspaniałym, zaś odrzucające daną osobę tępaki, były zbyt głupie, żeby to zauważyć. Jednak występuje tu również obawa, że ci co odrzucali, mogli faktycznie mieć rację.
Spotkanie ze zdeprawowanym starcem oznacza konfrontację z kompleksem odrzucenia-inflacji. Jest to spotkanie określonej tożsamości z diabłem, z potężną i bezsilną dumą, która powiada "Nie potrafię tego zrobić" zakładając zarazem, że posiada w sobie pełnię władzy do decydowania o tym co dana osoba może, a czego nie może zrobić. Taka postawa nie pozostawia niczego wyższym, przekraczającym ego siłom; wewnętrznym, uzdrawiającym zasobom ukrytym pod pozorem dziewczęcej niemożności.

Konfrontacja ze zdeprawowanym starcem oznacza podjęcie ryzyka walki z tą postacią - walki, która może prowadzić do nowo odnalezionej siły, jak miało to miejsce w przypadku dziewczyny, która w śnie chlusnęła brudną wodą i otrzymała potwierdzenie o wykonaniu zadania. Konfrontacja ze zdeprawowanym starcem oznacza również taką ewentualność, że w deprawacji ukryta jest możliwość. Diabeł jest przecież upadłym aniołem, szlachetną postacią, której potencjał został źle wykorzystany z powodu niewłaściwej postawy.

wtorek, 26 października 2010

Lobbing terapeutów i pochodnych ....

Kwiatki z własnego podwórka...

przed jakimiś 8 - 10 laty kibicowałem rozwojowi idei (dołączając się z wykładem i mini-warsztatami) oraz początkom pracy psychoterapeutycznej z pacjentami ze zdiagnozowanymi chorobami nowotworowymi oraz osobami w trakcie i po leczeniu onkologicznym. Były to początki działalności krakowskiej fundacji Unicorn, w której istotna była kreująca aktywność dr M. Chodak czy wsparcie młodej psycholożki obecnie doktorantki pracującej w potężnym Instytucie Onkologii w Gliwicach.

Atoli z czasem przebiła na polskim rynku medycznymi i na rynku szkoleń znana od ok. blisko 20 lat metoda Simontonów będąca adaptacją techniki Silvy. Metoda w osobie kilku szkolących osób rozpierała się coraz bardziej i po ok 5 latach marketingu zaczęła lobbować za ustawą. Na liście psychoterapeutów zaowocowało to m. innymi takim e-mailem:

"Na tej stronie:
> http://www.ptpo.org.pl/index/index.php?option=com_content&task=view&id=176&Itemid=1
>
> jest projekt "drogi" dochodzenia do tytułu psychoonkologa. Osoby
> zaintersowane mogą wysyłać uwagi do PTPO. Ponoć ma być inna ścieżka niż
> studia podyplomowe z psychoonkologi, które wymagne są między innymi przy
> staraniu się, dla osób które mają wieletnie doświadczenie w pracy z
> pacjentami onkologicznymi."





Na co ja odpisałem:
Arnold Mindell pracując terapeutycznie jako analityk jungowski w Zurichu
zaczął w latach siedemdziesiątch pracować w szpitalach z pacjentami
onkologicznymi (zazwyczaj w bardzo zaawansowanym stadium) z bardzo dobrymi
efektami :
często z cofnieciem lub zatrzymaniem postępu choroby i zawsze ze
zrozumieniem jej sensu, znaczenia i przekazu. Praca była także systemowa (z
rodziną czy grupą wsparcia). Jednym z "ubocznych" odkryć były np. skuteczne
sposoby zmniejszania bólu (było to prawie 40 lat temu)
To wówczas powstał termin "Śniące Ciało" oraz odkrycie, że poprzez symptomy
przejawia się ta sama informacja co przez sen ( jako Jungista Mindell
pracował oczywiście ze snami). Jeśli udawało się wprowadzić tę informację w
życie, to często symptom mógł dalej nie nalegać i opuścić pacjenta. (O tych
właśnie doświadczeniach jest książka Mindella "Śniące ciało - rola ciała w
odkrywaniu Jaźni".
Podejście Mindella nie polega jednakże na "walce z rakiem" czy jego
desygnatami technikami np. wizualizacyjnymi, simontonowskimi itp., ale na
przejęciu roli, treści i siły przekazu niesionego przez chorobę w
indywidualnym doświadczeniu danej osoby - tak jak to dzieje się w pracy ze
snami, gdy potrafimy utożsamić się z postaciami niosącymi zagrożenie,
strach bądź wieszczącymi śmierć we śnie, gdy udaje się poznać niesiony
przez nie przekaz i wprowadzić go w życie ...

Ciekawe, czy Mindell dostałby certyfikat psychoonkologa.
Zastanawiam się także, czy (a raczej kiedy!) w najbliższym czasie powstaną
kursy/certyfikaty na:
psycho-kardiologa
psycho-nefrologa
psycho-pulmonologa
psycho-gastrologa
psycho-urologa
itd. ...

pozdrawiam serdecznie
Robert Palusinski

Wstawiając na tym blogu komentarz taki bardziej osobisty; "od serca", ciśnie mi się na usta słowo" MASAKRA ... :(

Znaczącą informacją jest, że na powyższy post nikt na wspomnianej liście psychoterapeutów się nie wypowiedział. Brak oddźwięku jest ważnym oddźwiękiem ...

Nieco wcześniej na tej samej liście zaistniała ciekawa, aczkolwiek krótka dyskusja w temacie opieki paliatywnej. Oto ona:

1. Szanowni Państwo,

Trawestując fragment listu Pani ...XYX... można równie dobrze napisać: "...psychoterapeuta, nie będący w trakcie szkolenia w zakresie neuropsychologicznych mechanizmów bólu i jego leczenia nie jest w stanie udzielić stosownej pomocy pacjentom leczonym paliatywnie z braku odpowiednich kompetencji. Psychoterapeuta z definicji nie zapewnia psychoterapii bólu a jedynie wsparcie ogólne pacjenta oraz jego rodziny. W związku z czym na takim rozporządzeniu ucierpią pacjenci pozbawieni dostępu do specjalistów od leczenia bólu...

Leczenie bólu wymaga szkolenia na poziomie mechanizmów anatomo-fizjologicznych, zrozumienia działania farmakoterapii oraz dobrze ugruntowanej wiedzy z zakresu neurobiologii procesów uczenia się. Umożliwianie psychoterapeutom, podejmowanie terapii oraz współpracy w zespole specjalistów z pacjentem bólowym nie jest dobrym pomysłem. Psychoterapeuci bardzo często NIE POSIADAJĄ ŻADNYCH PODSTAW biologicznego wykształcenia, które umożliwiłyby im zrozumienie specjalistycznych problemów.

Jeśli zaś chodzi o samą opiekę paliatywną sensu stricte - tam osoby duchowne na całym świecie sprawdzają się o wiele lepiej od wszelkich innych specjalistów.

Osoby, zarówno psychologowie kliniczni bądź psychoterapeuci pracujący z pacjentem bólowym powinni przejść odpowiednie szkolenia na poziomie szkoleń International Association for the Study of Pain (IASP), aby posiąść odpowiednie kompetencje.


pani XYZ(...)
członek IASP


na co padła odpowiedź mojej przyjaciółki, która od wielu lat zajmuje się pacjentami onkologicznymi i paliatywnymi (doktoryzuje się w ww zakresie):


Szanowna Pani Doktor,

Uważam, ze zapewnienie odpowiedniej psychoterapii pacjentom paliatywnym jest bardzo ważne. Psychoterapia w przypadku pacjentów paliatywnych nie polega wyłacznie na walce z bólem. NIemniej wielu psychoterapeutów z wielu szkół skutecznie pomaga pacjentom również w walce z bólem. I zdobywają w tym celu odpowiednie wykształceniew różnych szkołach i stowarzyszeniach.
NIe znalazłam naukowych danych opartych na dowodach mówiących o wyższosci pracy duchownych (pastoral intervention) nad psychoterapią w opiece paliatywnej ani żadnej innej... Założenie że duchowni sprawdzają się lepiej jest jedynie hipotezą, odgórnym założeniem. Za to znam dobrze empiryczny dorobek dr Breitbarta, który świadczy o wysokiej skuteczności psychoterapii egzystencjalnej w opiece paliatywnej, temu się nie da zaprzeczyć. Osobiście skłaniam się do "evidence based medicine" a nie "eminence based medicine".Poza tym nie każdy pacjent jest religijny. Narzucanie duchowości czy tez religijności komuś, kto jej nie chce nie jest najlepszym pomysłem.
z wyrazami szacunku
(..)


mniej więcej równolegle i ja się dołączyłem ze swą wypowiedzią(i jeszcze kilka osób, których nie zacytuję):


Szanowna Pani (...) ,

nie wiem jakie pani ma szkolenie i wykształcenie nt. bólu,

ja jednak znam sporo osób, które nie przechodząc proponowanego przez panią szkolenia potrafią się sami znieczulić za pomocą technik psychoterapeutycznych i podobnych. Potrafią także znacznie podnieść swój dobrostan (well being) dzięki pomocy terapeutów. Co więcej - potrafią (o zgrozo!) dokonać tego BEZ ŻADNYCH PODSTAW biologicznego wykształcenia ...
.
Gdyby pani była łaskawa poczytać materiały psychologiczne o ww tematyce. w tym w szczególności technikach stosowanych przez regularnie torturowanych (np. podpinaniem prądu do genitaliów) więźniach junt w krajach latynoamerykańskich, dowiedziałaby się pani znacznie więcej o psychoterapeutycznych sposobach pracy z bólem , o których zapewne International Association for the Study of Pain (IASP) nie ma za wiele pojęcia.

pozdrawiam gorąco a nawet boleśnie

Robert Palusiński


Drodzy czytelnicy mojego Bloga -- gildie, frakcje i lobbing powstają w każdej nacji i grupie interesów. Chodzi tu przecież o stan posiadania i poczucie ważności. Jeśli dzięki przekonaniu posłów wprowadzi się i przepchnie ustawy o psychoonkologu, o opiece paliatywnej, a następnie o ...... ( wpisz-tu-co-chcesz), to potem chętni będą musieli zdobyć ODPOWIEDNI certyfikat wydawany przez ODPOWIEDNIE towarzystwo za grube ODPOWIEDNIE pieniądze, zdobywając wiedzę niekoniecznie najświeższą i niekoniecznie najbardziej "odpowiednią" i oczekiwaną przez pacjentów :( ...

Wszelako szkoleniowcy propagujący "ODPOWIEDNIĄ" wiedzę będą spełnieni i usatysfakcjonowani na wielu poziomach ...

ZRANIONA KOBIETA cz I

Przed 8 laty namówiłem mojego kolegę - wydawcę (wyd. Arkadiusz Wingert) do przekładu i polskiej edycji książki pt. "Zraniona kobieta" autorstwa Lindy Schierse Leonard.
Linda - terapeutka, amerykańska analityczka jungowska wyszkolona w Zurichu pisze w poniższym fragmencie o niełatwym dziedzictwie dzieciństwa ...

Jest to piękna pozycja i warta propagowania, a ponieważ trudno ją dostać , będę -- jako tłumacz -- udostępniał tutaj wybrane fragmenty. Polecam. (Przepraszam także za ewentualne błędy - jest to wersja przed redakcją, wygrzebana z pamięci mego komputera...)






Wstęp
Zraniona córka

Kiedy byłam małą dziewczynką, bardzo kochałam ojca. Serdeczny i kochający, był moim ulubionym partnerem zabaw. Uczył mnie grać w baseball oraz matematyki. Gdy miałam siedem lat, zabierał mnie co sobotę do biblioteki i czarował bibliotekarkę, by pozwoliła mi zabrać ze sobą czternaście książek, dwa razy więcej niż jest to dozwolone. Ponieważ mojemu ojcu nie dane było ukończyć szkoły średniej i z uwagi na to, że bardzo wysoko cenił wykształcenie, przekazywał mi tę wartość i razem z moją babcią spędzali ze mną godziny na pomaganiu w nauce, poprawianiu słownictwa, zabawie w quizy i tak dalej. Zimą zabierał mnie na sanki, a ja odkrywałam magiczne lśnienie śniegu w nocy i podekscytowanie prędkością wywołane zjeżdżaniem ze szczytu wzgórza. Zabierał mnie także na wyścigi konne, gdzie doświadczałam emocji związanych z hazardem i wyścigami. Ojciec kochał zwierzęta, więc stały się one również moimi przyjaciółmi. A kiedy wybieraliśmy się wspólnie na przechadzki, zawsze poznawaliśmy nowych ludzi, ponieważ ojciec był niezwykle towarzyski i otwarty. Byłam "córeczką tatusia", a on był tak ze mnie dumny, że na mojej buzi bezustannie gościł promienny, skrzący uśmiech. Moja matka, także bardzo go kochała. Co sobota zabierał nas na kolację do różnych restauracji, a potem często szedł z mamą na tańce, które przeciągały się do późnej nocy. Chociaż nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy, życie zdawało się być wielką przygodą. Zawsze było mnóstwo nowych i ciekawych rzeczy do zrobienia i do zobaczenia.
Ale potem, gdzieś i jakoś, wszystko zaczęło się zmieniać. Ojciec zaczął późno przychodzić do domu, a kiedy wracał, często budziły mnie jego gniewne pokrzykiwania. Początkowo zdarzało się to tylko czasami, ale wkrótce miało to miejsce raz w tygodniu, potem dwa, aż w końcu niemal co wieczór. Początkowo byłam skonsternowana i zastanawiałam się, dlaczego w niedzielne poranki matka mu tak dokuczała . Było mi go bardzo żal. Kiedy skończyłam dziewięć lat, wszystko stało się jasne. Mój ojciec był podwórkowym pijaczyną! Nie był w stanie utrzymać się w pracy i teraz potwornie wstydziłam się go. Mam fotografię z tego czasu i kontrast pomiędzy tym zdjęciem, a moim poprzednim, promiennym "ja" jest uderzający. Wyglądałam jak opuszczony, bezpański podrzutek. Nie miałam już uśmiechu i skrzących oczu, lecz przygnębione spojrzenie i opadnięte kąciki ust. Przez wiele kolejnych lat w moich uczuciach do ojca panował zamęt. Kochałam go. Cierpiałam z jego powodu. Wstydziłam się za niego. Nie potrafiłam zrozumieć jak mógł być tak cudowny w jednej chwili i tak potworny w następnej.
Jeden wieczór jest wciąż żywy w mojej pamięci. Ojciec często wracał późno w nocy i kiedy był pijany, groził, że zrobi krzywdę mojej babci (jego teściowej). Często razem z mamą musiałyśmy dzwonić na policję, żeby zabrano go z domu. Z reguły to ja telefonowałam. Czasami, kiedy ojciec szalał tak bardzo, że nie mogłam podejść do telefonu, wybiegałam na ganek krzycząc o pomoc. Podczas jednej z takich, szczególnie gwałtownych nocy, przyjechała policja i znaleziono mnie szlochającą i wciśniętą w jakiś kąt. Jeden z policjantów zwrócił się do mojego ojca z pytaniem: "Jak pan może robić coś takiego swojej córce?" Wspomnienie o tym, jak ten obcy człowiek przejął się mną i pytał ojca, odbijało się we mnie echem przez wiele lat. Możliwe, że właśnie w tamtym momencie, gdzieś w głębi mojej psychiki zostało posiane ziarno, z którego wyrosła ta książka.
Kiedy zaczynałam dojrzewać, moje pomieszane uczucia w stosunku do ojca skrystalizowały się w nienawiść. Już go nie kochałam, nawet nie było mi go żal. Odrzucona przez jego sposób bycia, szczerze go nienawidziłam. Kłamałam na jego temat nauczycielom i przyjaciołom i nie mogłam nikogo zaprosić do domu. Nikt, oprócz naszych najbliższych sąsiadów nie wiedział, że mój ojciec był pijakiem. I zabiegałam o to, żeby nikt inny się nie dowiedział. W najmniejszym stopniu się z nim nie utożsamiałam, starając się na wszelkie sposoby być kimś zupełnie innym.
Żeby chronić siebie, prowadziłam podwójne życie. W szkole byłam ciężko pracującą, poważną, prostolinijną uczennicą. Chociaż byłam ulubienicą nauczycieli, to byłam również w dobrej komitywie z rówieśnikami dzięki pogodnemu usposobieniu, nieśmiałości i dobrej adaptacji. Na zewnątrz byłam miła i poważna, ale wewnątrz panowało straszliwe pomieszanie - pełna gniewu nienawiść na ojca, niezmierny wstyd z powodu tego, że byłam jego córką i lęk, że ktoś mógłby się dowiedzieć kim naprawdę byłam. Jedyną wskazówką, że coś mogło być nie tak, był nerwowy tik twarzy, który pojawił się w wieku czternastu lat oraz fakt, że nie umawiałam się na randki. Ale z uwagi na to, że przeskoczyłam jeden rok w szkole i byłam mniejsza oraz młodsza od reszty, zostało to zaakceptowane. Cięzka praca i miła powierzchowność dawały mi w szkole satysfakcję i poczucie sensu. Ale w domu życie było koszmarem. Nigdy nie byłam pewna, kiedy ten wariat, będący moim ojcem wybudzi mnie z głębokiego snu. Zawsze bałam się, że pewnej nocy może przyjść z pistoletem i wszystkich nas powystrzelać.
Kiedy dorosłam, zdecydowałam się uciec. Wiedziałam, że pozostawanie w domu równałoby się mojej śmierci. Żeby bronić się przed przerażającym chaosem mojego domu - przed brutalną i pasożytniczą zależnością ojca oraz od emocjonalnych żądań, jakie matka wysuwała w stosunku do mnie, aby wypełnić deficyt, którego nie mógł zapełnić ojciec - uciekłam w świat intelektu i myślenia logicznego, będącego moim sposobem ochrony. To dało mi niezmiernie potrzebny dystans również od mojej matki, ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że spełnienie jej pragnienia bycia razem ze mną, w tej sytuacji, zatrzymało by mnie na zawsze w więzieniu przeszłości. Próbowałam uwolnić swoją osobowość zarówno od matki, jak i od ojca, a przede wszystkim od obszaru nad którym nie miałam kontroli.
Wycofanie się w zdystansowaną, intelektualną postawę, służyło mi dobrze przez wiele lat. Opuściłam dom i pracowałam jako reporterka w małej gazecie w Kolorado. Później studiowałam filozofię, żeby rozwinąć cechy intelektu i jeszcze bardziej zgłębiać zagadnienia dotyczące sensu życia. Gdzieś w tym czasie poślubiłam intelektualistę, kogoś tak odmiennego od mojego ojca, jak tylko to było możliwe. Mąż zachęcał mnie do studiowania i do zdobycia doktoratu, tak więc również zostałam intelektualistką.
W tamtym czasie, alkoholizm mojego ojca systematycznie pogłębiał się. Jednak na moje dwudzieste pierwsze urodziny, postanowił podarować mi pierścionek z opalem, moim urodzinowym kamieniem. Chociaż nie pracował i przepijał wszystko co miał, w jakiś sposób zdobył dwadzieścia pięć dolarów na ten pierścionek. Był to pierwszy prezent, jaki dał mi na przestrzeni wielu lat. Pierścionek był piękny, rozsiewający magiczne światełka, tak jak czynią to opale. Ale nie mogłam go nosić. Kiedy kilka razy przyjeżdżałam do domu, gdy jeszcze żył ojciec, zawsze pytał mnie o pierścionek, a ja udzielałam wymijających odpowiedzi. Chociaż czułam duże poczucie winy, po prostu nie byłam w stanie założyć tego pierścionka. Dopiero wiele lat później, po jego śmierci, w czasie kiedy zaczynałam pisać tę książkę, byłam w stanie założyć pierścionek z urodzinowym opalem. I teraz noszę go stale w nadziei, że stanie się on mostem ponad tą przerażającą pustką pomiędzy ojcem a mną.
W trakcie mojego małżeństwa, moja własna wyparta, nieświadoma strona przedarła się na zewnątrz - skrycie i w niekontrolowany sposób objawiając się pod postacią napadów lęków i depresji. Żeby zrozumieć te doświadczenia, zwróciłam się do filozofów egzystencjalizmu: Heideggera i Kierkegaarda, pisarzy: Dostojewskiego, Hessego, Kafki i Kazantzakisa, do poetów: Rilkego i Holderlina a w końcu do psychologii C.G. Junga. Pozostając w systemie obronnym profesjonalistki i pod pretekstem pragnienia zostania psychoterapeutką, pojechałam do Zurichu i rozpoczęłam analizę jungowską. Nagle pojawiła się moja wyparta, dionizyjska strona osobowości. Mój sen inicjacyjny, pierwszy sen po rozpoczęciu analizy, był strasznym koszmarem, który zbudził mnie w środku nocy. W tym śnie, Grek Zorba zwisał z drewnianej belki, powieszony za szyję na statku, który znajdował się na lądzie. Ale Zorba nie był martwy! Krzyczał do mnie, żeby go opuścić na dół i kiedy się do tego nieporadnie zabierałam, nadludzkim wysiłkiem sam się uwolnił. A potem mnie objął.

Chociaż sen był bardzo niepokojący, Zorba symbolizował dla mnie smak życia - beztroski i radosny, dionizyjski stosunek do świata. Ale ten świat kojarzył się także z moim ojcem i byłam świadkiem tego, jak destrukcyjna i degeneracyjna była dla niego podróż w sferę irracjonalności. Ponieważ odcinając się od ojca nieświadomie zaprzeczyłam irracjonalnej części siebie samej, świat Zorby wydawał się początkowo chaotyczny, przerażający i prymitywny. Jung opisał drogę do nieświadomości jako "nocną podróż morską", podróż śmierci i rozczłonkowania, czas przerażenia i strachu przed nieznanym. I to stało się moim udziałem. Wejście w świat mojego ojca wymagało odwagi. Jednak nie przypisuję sobie zasługi za ten skok w otchłań. Zostałam do tego zmuszona tak, jakby ktoś silny stał za mną i w milczeniu zepchnął mnie z krawędzi przepaści na której stałam. W tych głębinach skonfrontowałam się z własną irracjonalnością, z moim pijaństwem i gniewem. W sumie byłam taka jak mój ojciec! I wielokrotnie zachowywałam się tak jak on. Upijałam się na przyjęciach,a wtedy ujawniała się moja dzika i uwodzicielska strona.
Stojąc twarzą w twarz z irracjonalnym obszarem, czując się rozdartą na części tak, jak mityczny Dionizos zaczęłam wprowadzać w życie moją udręczoną, ciemną stronę. Również mój wygląd uległ zmianie, gdy pozwoliłam urosnąć w hippisowskim stylu moim, dotychczas krótko przystrzyżonym włosom profesjonalistki. Na ścianach mojego mieszkania wisiały kolorowe, lecz groteskowe i przerażające obrazy niemieckich ekspresjonistów. Kiedy podróżowałam, wyszukiwałam tanie hotele w niebezpiecznych dzielnicach obcych miast. Tak jak wcześniej unikałam świata mojego ojca, teraz wskoczyłam weń głową naprzód. Teraz zaczęłam doświadczać także winy i wstydu, które wcześniej wydawały się należeć wyłącznie do mojego ojca. W jakiś sposób wiedziałam, że w tym pozornym szaleństwie i kompulsywności kryje się skarb czekający na odkrycie. W czasie tego chaotycznego okresu miałam następujący sen:


Wejściem do domu mojego ojca były zdezelowane drzwi od piwnicy. Będąc w środku zadrżałam, kiedy zobaczyłem poszarzałe gazety zwisające ze ściany. Czarne lśniące karaluchy łaziły po spękanej podłodze i wdrapywały się na obtłuczony, brązowy stolik, jedyny mebel znajdujący się w ogołoconym pokoju. Była to mała klitka i zastanawiałam się, jak ktokolwiek, a nawet mój ojciec mógł tam mieszkać. Nagle moje serce wypełniło się lękiem i desperacko zaczęłam szukać drogi do ucieczki. Ale drzwi, którymi weszłam, zniknęły w półmroku. Nie mogąc oddychać ze strachu, rozglądałam się w panice po pokoju i w końcu zobaczyłam wąskie przejście, po drugiej stronie wejścia. Pragnąc opuścić to niesmaczne i straszne pomieszczenie, pospieszyłam ciemnym przejściem. Kiedy dotarłam do końca, początkowo oślepiło mnie światło. Ale później weszłam na najwspanialsze podwórze jakie dane było mi widzieć. Kwiaty, fontanny i marmurowe rzeźby o pięknych formach lśniły przed moimi oczami. Podwórze o kształcie kwadratu, było prawdziwym centrum orientalnej pałacowej świątyni, z czterema tybetańskimi wieżyczkami na każdym rogu. Dopiero wtedy zorientowałam się, że to wszystko również należało do mojego ojca. Obudziłam się oszołomiona; ze strachem, drżeniem, przejęciem i zdumieniem.


Było to w rzeczy samej przejście od brudnej, zarobaczonej piwnicy domu mojego ojca do lśniącej, bajkowej, tybetańskiej świątyni - o ile tylko potrafiłabym je odnaleźć.
Chociaż w czasie tego szalonego i pełnego przymusu okresu wielokrotnie popadałam w chaos, udawało mi się jakoś radzić w codziennym świecie. Lecz wiedza o innej, potężniejszej rzeczywistości, stopniowo wkraczała w moją świadomość. Na równi z wyniszczającymi chwilami, pojawiały się doświadczenia o charakterze mistycznym i wspaniałym. Stopniowo otwierały się przede mną obszary sztuki, muzyki, poezji i baśni, świat wyobraźni i twórczości. Z nieśmiałej, intelektualnej introwertyczki, stawałam się bardziej spontaniczna i zdolna do wyrażania ciepła i uczuć. Byłam także coraz bardziej asertywna, nie potrzebując ukrywać tego, kim naprawdę jestem.
W środku tego okresu wydarzyły się dwa traumatyczne doświadczenia w mojej rodzinie. Mój pijany ojciec zasnął paląc papierosa przez co wybuchł pożar, który całkowicie spalił dom. Uwięziona w łazience na piętrze babcia, zginęła w ogniu. Chociaż ojciec próbował ją ratować, było już za późno. Sam, poważnie poparzony trafił do szpitala. Jakże musiał cierpieć winiąc się za to i za wypełniające całe jego życie auto-destrukcyjne doświadczenia! A jednak nie chciał lub nie mógł o tym rozmawiać. Może wyniszczenie spowodowane wieloletnim piciem było zbyt wielkie. W końcu umarł dwa lata później.
Śmierć ojca była dla mnie wielkim wstrząsem i bardzo silnie mnie dotknęła. Teraz było już za późno, żeby z nim porozmawiać, za późno, żeby powiedzieć jak okropnie się czułam z tym, że się go wyparłam i jak, w końcu, odczuwałam pewne współczucie dla jego życia wypełnionego cierpieniem. Nasz związek, w którym nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego, stał się otwartą raną w mojej psychice.
Wkrótce po jego śmierci, z okazji trzydziestych ósmych urodzin założyłam pierścionek z opalem A później zaczęłam pisać tę książkę. To, czy miałaby zostać opublikowana, nie stanowiło dla mnie kwestii. Wiedziałam wtedy, że napisanie o zranieniu pomiędzy ojcem a córką było dla mnie imperatywem Być może akt pisania mógł nas zbliżyć. Bliskość była niemożliwa na poziomie zewnętrznym, ale może na poziomie wewnętrznym, dzięki pisaniu, mogłabym zbawić mojego "wewnętrznego ojca".
(...)
Kiedy zaczynałam pisać tę książkę, początkowo widziałam głównie negatywne wzorce. Byłam świadoma dziedzictwa mojego ojca - jego alkoholowej autodestrukcji i w jaki sposób mnie to dotyczyło. Chociaż wiedziałam, że istniała strona pozytywna - zarówno mojego ojca, jak i jego wpływu na mnie - w pierwszych etapach pisania tej książki, nie mogłam jej odnaleźć. Ostatni rozdział książki, "Odkupienie ojca", pozostawał nie napisany. Pewną perspektywę moich konfliktów pozwoliło mi uzyskać rozpoczęcie od teoretycznego punktu widzenia. Poprzez opisanie różnych wzorców oraz stanowiących ich podłoże archetypów1, potrafiłam lepiej zrozumieć w jaki sposób te wzorce wpływały na moje życie oraz na życie moich klientek. Dopiero, gdy zaczęłam opisywać moją własną historię, ujawniły się w pełni pozytywne uczucia do mojego ojca. Zdałam sobie sprawę z obietnicy magii życia, którą złożył mi, gdy byłam małą dziewczynką, obietnicy, która później pojawiła się w śnie o Zorbie, o tybetańskiej świątyni i w postaci pierścionka z opalem. Ojciec obiecywał magiczny lot. Ale był niczym mityczny Ikar, który nie znając swoich ograniczeń, podleciał tak blisko do słońca, że jego ciepło stopiło wosk, który utrzymywał skrzydła w całości a nieszczęśnik spadł do morza znajdując tam śmierć. W podobny sposób mój ojciec utopił magię w alkoholu. Podarował mi swoją magię i była to pozytywna część dziedzictwa. Ale kiedy widziałam jak się zmienia, widziałam też jak magia przeradza się w degenerację. Moją początkową reakcją było zaprzeczenie tej magicznej obietnicy poprzez wzięcia wszystkiego pod kontrolę. A później, kiedy kontrola rozpadła się, utożsamiłam się z autodestrukcyjną stroną ojca. Wydawało mi się, że istnieją tylko dwie opcje: albo sterylna kontrola, albo dionizyjskie rozpłynięcie się. Rozpoznanie w sobie tych dwóch, przeciwstawnych skrajności, poprowadziło mnie do zanalizowania psychologicznych wzorców, nazwanych przeze mnie wieczną dziewczyną (puella aeterna) oraz opancerzoną Amazonką. Jednakże rozwiązanie, zbawienie, spoczywa w obrazie Zorby, w tybetańskiej świątyni i w pierścionku z opalem, który dał mi ojciec. Powrotną drogą do magii mojego ojca było pozwolenie na to, aby te obrazy żyły we mnie.
Jest to osobista opowieść o zranionej córce. Jednak w mojej pracy terapeutycznej odkryłam, że wiele innych kobiet cierpi z powodu raniących związków z ich ojcami, chociaż szczegóły mogą być różne, a rana może boleć na tysiąc innych sposobów. Od wielu klientek słyszałam moją własną historię - ojciec alkoholik, wynikający z tego brak zaufania do mężczyzn, problemy związane ze wstydem, winą i brakiem wiary w siebie. Od innych dowiedziałam się, że ojciec którzy byli zasadniczy i autorytarni, mogli przekazać córkom stabilne podstawy, strukturę i dyscyplinę, ale często zbyt mało dawali miłości, emocjonalnego wsparcia i niedostatecznie doceniali kobiecość. Jeszcze inne miały ojców, którzy chcieli mieć chłopców i wychowywali córki (z reguły jako pierwsze dzieci w rodzinie) na chłopców oczekując, że osiągną one to, czego nie udało się zrealizować ojcom w ich życiu. Były także córki tak mocno kochane przez ojców, że stawały się one substytutem brakującej, kochającej go partnerki. Te kobiety były zazwyczaj tak uwiązane miłością swoich ojców, że nie posiadały dosyć wolności, aby pokochać innych mężczyzn i z tego powodu nie potrafiły osiągnąć dojrzałości jako kobiety. Słyszałam historie kobiet, których ojciec popełnił samobójstwo i jak one same musiały zmagać się później z dziedzictwem życzenia śmierci i autodestrukcji. Kobiety, których ojcowie zmarli wcześnie, cierpiały z powodu straty i opuszczenia. Zaś kobiety, których ojcowie byli chorzy, często winiły siebie za ich chorobę. Istnieją córki, których ojcowie zbrutalizowali ich dzieciństwo biciem lub seksualnymi umizgami. Są także córki, których ojcowie nie przeciwstawili się silnym matkom, pozwalając tym samym na to, aby matka zdominowała życie córki.
Ta lista obrażeń mogłaby się ciągnąć. Ale istnieje tutaj niebezpieczeństwo - obwiniania ojca o te rany. A to spowodowałoby niedostrzeżenie innego czynnika - ci ojcowie, sami byli zranieni, zarówno w relacji do ich kobiecej strony, jak i do męskiej. Nie znajdziemy uzdrowienia na grząskim gruncie obwiniania. Obwiniająca postawa może nas na zawsze zamknąć w rolach pasywnych więźniów, ofiar, które nie podjęły odpowiedzialności za własne życie. Jestem przekonana, że dla tak zranionej kobiety istotne jest zrozumienie niepowodzenia realizacji obietnicy ojca oraz tego, w jaki sposób jego braki w spełnianiu roli ojca wpłynęły na jej życie. Córki potrzebują ponownie zbliżyć się do ojców, żeby rozwinąć pozytywny obraz ojca w nich samych - taki, który kobieta może nakreślić w celu osiągnięcia siły i kierunku, a także pozwoli docenić pozytywną stronę męskości zarówno w światach wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Potrzebują odnaleźć ukrytą perłę, skarb, jaki zaoferować może ojciec. Jeśli związek z ojcem został nadwyrężony, to ważne jest, żeby kobieta zrozumiała ranę i doceniła to, czego brakowało, gdyż można to rozwinąć wewnętrznie. Ale gdy tylko zrozumie się uraz, to sama rana musi zostać zaakceptowana, bo dzięki jej zaakceptowaniu pojawia się uzdrowienie i współczucie - dla córki, dla ojca i dla ich relacji.

Zranienie ...

Wiersz w moim przekładzie:

ZRANIENIE

nie było mojego ojca w książce telefonicznej
w moim mieście;
nie sypiał z moją matką
w domu;
nie dbał o to, czy uczę się grać
na fortepianie;
nie obchodziło go
co robiłam;
i choć mój ojciec był przystojny i kochałam go i
dociekałam
dlaczego
zostawił mnie samą tak bardzo,
tak wiele lat
w sumie, ale
mój ojciec
uczynił mnie tym, czym jestem
samotną kobietą
bez celu, tak samo jak byłam
samotnym dzieckiem
bez żadnego ojca. Przechadzałam się ze słowami, słowami i imionami,
imionami. Ojciec nie był
jednym z moich słów.
Ojciec nie był
jednym z moich imion.

Diana Wakoski
"The Father of My Country"

wtorek, 19 października 2010

SEX, SEKSUALNOŚĆ ORAZ PRAKTYCZNA TANTRA ZACHODU

Najnowsze planowane przeze mnie warsztaty:

"Pawie pióro"

TERMIN: 3-5 XII .2010
MIEJSCE: Nowe Kawkowo koło Olsztyna

więcej informacji tutaj:
http://warsztatyroberta.blogspot.com/



ZAPRASZAM :)

poniedziałek, 18 października 2010

O Falach, Dźwiękach, Leczeniu i o Naszych losach ...

Poniższy tekst napisałem ponad 5 lat temu. Dzisiejsza konwersacja z Radosem sprawiła, że postanowiłem przywołać go i uzewnętrznić.


Didgeridoo Bath
albo zaśpiewywanie choroby

Wyobraź sobie taką scenerię, w której po długiej podróży docierasz do australijskiej szamanki (co może być trudne, bo tam jednak są nimi głównie faceci ). Busz, gorąc, może pustynia albo górny lub – być może - równoległy świat. Czas płynie jakby inaczej niż w cywilizacji. Niespiesznie opowiadasz, co ci dolega. Wypijasz jakiś dziwny napój. Możliwe, że zaczniesz opowieść dziś, możliwe, że skończysz jutro lub nawet pojutrze. Oto pradawne story-telling – odwieczny obyczaj zastąpiony wiadomościami TV. Zasadniczo nie wiadomo kto dokładnie kreuje opowieść. Na pewno wiadomo, że każda opowieść, saga czy baśń zabiera nas - słuchaczy i bajarza - do Dream-Time; do Epoki lub Czasu Snu – Śnienia.
Przed dziesiątkami (może milionami?) tysięcy lat – w Epoce Snu, in illo tempore - jak by powiedział Eliade - mityczni Praprzodkowie wędrowali po Ziemi i wraz z Nią współkreowali linie pieśni - Song-Lines. Tam gdzie spoczęli powstawały geologiczne twory; góry, sadzawki, skały i minerały. Kiedy śpiewali, to nadawali formę czującym istotom. Nieukształtowanie śnienie przyoblekało się w formę kangura czy dziobaka, no i człowieka. Tak więc od tych pradawnych czasów do dziś kieruje życiem tak w ogóle jak i w szczególnym przypadku każdej istoty Śnienie wraz z linią pieśni.
Mityczni Pra-przodkowie wciąż podsycają Śnienie świata; bez tego zapewne wrócilibyśmy do świata bez-formy, do pierwotnego kosmicznego jaja, do prymarnego niezróżnicowania. Oni są i śpiewają pieśń tak długo, jak długo ktoś o tym wspomni.

Szamanka - uzdrowicielka o silnym oku dobrze o tym wie . Każdego ranka po przebudzeniu, na krawędzi snu i jawy odszukuje pieśń świata oraz pieśń własnego Śnienia. Wyraża je na głos pomagając mitycznym Praprzodkom w dziele podtrzymywania trwania świata. Z zadziwieniem bada jak linie i fale jej pieśni zbiegają się, interferują, nakładają się, a w końcu są spójne (koherentne) z falami linii pieśni Uniwersum. Bez współgrania z licznymi liniami pieśni nie potrafiłaby uzdrawiać. Moc nie jest jej dana, ona jest co najwyżej punktem zbornym wielu sił, obszarem, gdzie stykają się ze sobą linie pieśni i gdzie mogą swobodnie płynąć dalej. Może szamanka jest nawet ich wzmacniaczem?
Być może jakimś sposobem i z wielką radością usłyszała jak jej brat, inuicki szaman z drugiego końca świata, na północy Kanady opowiadał:

"Istnieje Najwyższe Ja będące mieszkańcem albo duszą (INUA) uniwersum. Nie wiemy o nim nic prócz tego, że ma łagodny, żeński głos tak czysty i delikatny, że nawet dzieci nie odczuwają przed nim strachu. Głos mówi: Sila ersinarsinivdluge - nie odczuwaj strachu przed Uniwersum."

O tak, szamanka na pewno słyszała o mocy Sila; bo Sila to Śnienie Wszechświata, duch powietrza, przestrzeni, to siła ciszy. Można go dostrzec wówczas, gdy ludzie nie żyją w prawdzie-z-sobą, wtedy Sila wyraża swój gniew w formie gwałtownej, często śmiertelnej śnieżycy.

Jakiś przybysz opowiadał też o pradawnej ojczyźnie Aborygenów – Indii, skąd być może przybyli oraz o tym, że w świętym piśmie, Sutrze Surangama o Liniach Pieśni, tym odwiecznym brzmieniu, tak było napisane:

"Jakże słodko tajemniczy jest transcendentny dźwięk Awalokiteśwary, pierwotny dźwięk wszechświata (...) To ujarzmiony pomruk cofającej się fali odpływu. Ów tajemniczy dźwięk niesie wyzwolenie i pokój wszystkim istotom, które dręczone bólem wołają o pomoc. Ów dźwięk niesie doskonałą równowagę wszystkim, którzy szukają niezmierzonego spokoju Nirwany."

Nieznany przybysz dodał, że drogą oświecenia Awalokiteśwary było badanie natury słuchania, wsłuchiwanie się w linię pieśni Śnienia. Podobno ów Awalokiteśwara bezustannie zadawał sobie pytanie: "czy to dźwięk zmierza do ucha, czy ucho do dźwięku?"
Szamanka pomyślała: "Ciekawe czy przy tym nie zamieniał się chwilami (albo całkiem) w słuch? Ciekawe, kto w swej istocie słuchał(a) ?”

Następnego dnia, kiedy szamanka, po dobrze przespanej nocy i licznych snach, już dobrze wiedziała co ci sprawia cierpienie, wzięła swój muzyczny instrument i zaczęła go dostrajać. Spróbowała tonu niższego, później wyższego, dodawała kolorystyki i alikwoty bezustannie i bardzo czujnie obserwując jakie wrażenia sprawiają te dźwięki „pacjentce". Pacjentka ze spokojem i cierpliwością (czyli z 'pacjencją') pozwalała omywać się dźwiękom. Obie badaczki dźwięków odkryły, że jeden z nich najlepiej reprezentuje naturę „choroby". Miał on taki sam ton, rytm, ekspresję jak dręcząca chorą dolegliwość.
Po krótkiej chwili, obie postanowiły podnieść ów ton o oktawę. Stworzyły "nad-ton" czyli alikwot. Za każdym razem, gdy wsłuchiwały się w naturę tego dźwięku (lub tego, który powstał wcześniej - „pierwszego") podróżowały do równoległego świata specyficznego dźwięku-choroby, kroczyły wzdłuż jego linii pieśni, eksplorowały go. Na dodatek kroczyły wstecz i w przód. W przyszłość i w przeszłość!
Później zaczęły śpiewać obie pieśni naraz! I stało się tak jakby łączyły nie tylko dwie linie pieśni, ale jakby w istocie dokonywały „zlania" się dwóch światów oraz różnych czasów. Dwie różne, a zarazem tożsame pieśni; ton i jego alikwot utworzyły spontanicznie coś trzeciego. Absolutnie nową, niewyobrażalnie niespodziewaną i nie-do-pojęcia-rozumem linię trzeciej pieśni będącą efektem lub raczej rezultatem (a właściwie resolutio) śpiewu dwóch pierwszych.
I ta trzecia pieśń okazała się lekarstwem. Usiadły obie przed chatą. Zapaliły zioła. Spojrzały na niebo i ziemię. Dymem oczyściły przestrzeń. Podarowały duchom i żywiołom jadło oraz spirytualne napoje. Rytuałem przywołały łączność z Pra-przodkiniami.
A potem Szamanka zagrała na swym instrumencie i troskliwie obmyła rezolucyjnym dźwiękiem pacjentkę, zaś pacjentka z rozkoszą i wielką uważnością poddawała się dźwiękowej kąpieli wychwytując każde, nawet najdrobniejsze doznanie. Do dziś nie wiadomo, czy pacjentka wyzdrowiała. Niestety, nawet ku największemu zmartwieniu autora, w tej opowieści pozostaje to nierozstrzygnięte. Wiadomo na pewno, że ze spotkania z szamanką pacjentka powróciła bardzo, bardzo szczęśliwa, albowiem w magiczny sposób, nie do końca wiedząc jak to się dokładnie stało, odnalazła swą linię pieśni, ścieżkę serca, szlak prowadzący bliżej legendy jej życia. Na dodatek stało się to po części dzięki chorobie !
Kiedy pacjentka wracała do cywilizacji, na skraju miasta zaszła do domu znajomego uczonego.

Jej rozum chciał jednak wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi - nie chciał zostać zmarginalizowany tak modnym ostatnio "dyktatem serca".
Pacjentka wiedziała na pewno, że nic takiego szczególnego się nie wydarzyło, to znaczy wiedziała, że to, co odkryła, gdzieś już jakoś wcześniej przeczuwała. Może nawet od czasów dzieciństwa. Ta linia pieśni zawsze była jakby na krawędzi słyszenia, zahaczała o czubki palców, czasem nawet była wręcz natrętnie nachalna. Ale była tak samo jak wspomniana moc Sila, jak powietrze, Śnienie, przestrzeń - nieuchwytna.

Uczony wysłuchał jej opowieści. Pyknął z fajeczki. Jeszcze bardziej zmierzwił swe wiecznie rozczochrane włosy. Wstyd powiedzieć, ale nawet ziewnął dwa razy! Odchrząknął i rzekł był trochę jakby pod nosem:
- Fale.
- Co fale? - rezolutnie zauważyła skonfundowana pacjentka.
- Koherencja. - dodał lakonicznie uczony.
- Aha. I to wszystko? Mam już sobie iść? - zadała dwa pytania nieco jakby poirytowanym tonem.
- Aha. - zorientował się uczony po niewczasie. To znaczy zorientował się, że choć w jego świecie kwantowych nielokalności wszystko jest z sobą splątane, to jednak niekoniecznie oznacza to, że gdy on coś sobie pomyśli, to ta sama myśl lub wgląd automatycznie zagości w umyśle interlokutora/ki. Że on lub ona wskutek wielu okoliczności nie stanowią z nim jedności odbierającej na tej samej fali.
- No tak. - dodał zatem uczony to krasomówcze, a jakże głębokie oraz inteligentne sformułowanie. Prawdę mówiąc, po prosu nie wiedział za bardzo od czego zacząć.
- Dźwięk to fale - zaczął jednak, albo raczej kontynuował. - Kiedy grasz na przykład na bębnie, to możesz zobaczyć, że jego powierzchnia porusza się, wibruje. Te wibracje przekazywane są pod postacią fali cząsteczkom powietrza, które tą falą po krótkim czasie wprawiają twoje błony bębenkowe w uszach w analogiczną wibrację albo rezonans. Bynajmniej nie jest to tylko jedna fala, niestety. To cała mieszanina fal składająca się na jedną, można by rzec „falę pilotującą". Dlatego na przykład ton "E" będzie wspólną falą pilotująca dla wielu fal w różnych instrumentach. Trąbka, pianino, gitara, człowiek wszyscy mogą wybrzmieć "E", a jednak różni się ono dla każdego instrumentu właśnie z powodu tej mieszanki fal. My też jesteśmy falą, albo jakby to Niuejdż określił „wibracją".
- Jak to? - rezolutnie zauważyła troszkę skołowana pacjentka.
- Och, nie przejmuj się, - uspokoił ją uczony. - Zasadniczo odnosi się to do poziomu kwantowego. Ekstrapolacja mechaniki kwantowej na obiekty w skali makro, choć teoretycznie prawdopodobna wydaje się być niewykonalna, choć z drugiej strony, taki Hawking konstruując swoją wersję GUT próbuje jakby pójść na całość, czyli stara się znaczy przełożyć mechanikę kwantową na Wszechświat(y).
- Mhm, - chrząknęła terapeutycznie pacjentka widząc, że uczony poddaje się swoim nałogowym skłonnościom do zapętlonych dygresji.
- No już dobrze, - podjął wątek uczony. - Załóżmy jednak że jesteśmy falami, to znaczy, że ciebie i mnie można np. określić jako falę o pewnej długości, amplitudzie, częstotliwości, itp., to podobnie jak bęben, każde z nas będzie mieć jakąś zasadniczą oraz indywidualną "falę pilotującą". Jung powiedziałby, że tą falą jest przepowiadany przez sny z dzieciństwa mit osobisty, a pewien znany pisarz nazwał to po prostu legendą życia. Ten mit, podobnie jak fala pilotująca ma specyficzne cechy; dodaje energii, kiedy jesteśmy na jego "fali", a przy tym w subtelny sposób oddziałuje na nas "z przyszłości", tak jakby stacja kolejowa przyciągała do siebie pociąg jadący po torach, albo światło latarni niczym wabik oddziaływało "ciągnąco" na płynący w jej stronę statek. To wynika również z tajemniczej własności fal dającej im pewną niezależność od czasu. Czasami mogą one poruszać się wstecz w czasie.
Zdarza się, że jesteśmy "nie dostrojeni" do długości naszej fali pilotującej. Nawet częściej niż rzadziej, niestety. Instrument brzmi wówczas fałszywie. A zatem można powiedzieć, że szamanka wprowadziła cię w odpowiedni "nastrój". Poprzez wychwycenie dwóch linii pieśni, tej która była fałszywa oraz tej, która była jej przyczyną, zestroiła je lub dokładniej mówiąc spowodowała koherencję fal. Koherencja to "zgodność", przystawalność, spójność. Z naukowego punktu widzenia jesteś szczęśliwa, ponieważ jesteś bardziej koherentna ze swoją falą pilotującą, ze swym mitem życia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że również atomy oraz komórki twojego ciała będą bardziej "koherentne". Pełnia koherencji układu ciało-umysł-świat mogłaby być zapewne najlepszą z definicji zdrowia.

- Aha. Oho. No-no. - stwierdziła z pewną dozą podziwu (nie wiadomo dla siebie czy dla uczonego)pacjentka. - No to ja bardzo dziękuję. Było mi niezwykle miło usłyszeć pańską opinię. Do zobaczenia. - Po czym falując sukienką na wietrze, nadal przebywając w niezmącenie świetnym nastroju powibrowała do centrum miasta.

2 czerwca 2005, Kraków

środa, 6 października 2010

Fromm o fundamentalnej różnicy pomiędzy Jungiem a Freudem

To, co zauważył Fromm (a wczoraj napisałem "Freud" zamiast "Foomm" cóż za iście freudowskie przejęęęęzyczenie :) wydaje się być podstawową dychotomią w historii ludzkiej cywilizacji. Dwa bieguny wydawałoby się nie do pogodzenia - a jednak każde z nas nosi je w sobie. Jak to jest zatem możliwe?

"Freud był racjonalistą a jego troska o zrozumienie nieświadomości wynikała z chęci kontrolowania i opanowania jej. Z kolei Jung należał do tradycji romantycznej i antyracjonalistycznej. Był podejrzliwy w stosunku do rozumu oraz intelektu, zaś nieświadomość, która reprezentuje to, co nieracjonalne, była dla niego najgłębszym źródłem mądrości. Dla Junga terapia analityczna polegała na pomaganiu pacjentowi w nawiązaniu kontaktu z tym źródłem nie-racjonalnej mądrości i na korzystaniu z tego kontaktu. Zainteresowanie Junga nieświadomością było podziwem romantyka, natomiast w przypadku Freuda przejawiał się krytycyzm racjonalisty. Mogli się w przelocie spotkać na chwilę, ale zmierzali w różnych kierunkach, zatem rozstanie było nieuniknione."


Fragment Książki Ericha Fromma:
"Sigmund Freud’s Mission; An Analysis of His Personality and Influence"

Fromm dosyć krytycznie o psychoanalizie



Powyżej: Erich Fromm


Fragment Książki Ericha Fromma:

"Sigmund Freud’s Mission; An Analysis of His Personality and Influence"


Element rytualny obecny w ortodoksyjnej psychoanalizie jest równie oczywisty. Kanapa ze stojącym za nią fotelem, cztery lub pięć sesji w tygodniu, milczenie analityka, za wyjątkiem, gdy udziela „interpretacji” - te wszystkie czynniki uległy przekształceniu. To, co kiedyś było skutecznym, środkiem wiodącym do celu, stało się świętym rytuałem , bez którego ortodoksyjna psychoanaliza jest nie do pomyślenia. Najbardziej uderzającym przykładem jest kanapa. Freud wybrał ją, bo „nie chciał by wpatrywano się w niego przez osiem godzin dziennie." Potem dodano inne powody: że pacjent nie powinien widzieć reakcji analityka w reakcji na jego wypowiedzi - przez co wymyślono, że lepiej będzie, gdy analityk usiądzie za nim, lub, że pacjent czuje się swobodniej i bardziej zrelaksowany, gdy nie musi patrzeć na analityka lub, co już zostało podkreślone, że „ułożenie kanapowe” odtwarza sytuację z dzieciństwa, która powinna zaistnieć dla lepszego rozwoju przeniesienia. Bez względu na zasadność tych argumentów - osobiście uważam, że nie mają one podstaw - w każdej „normalnej” dyskusji na temat technik terapeutycznych można by o nich swobodnie dyskutować. Jednak według psychoanalitycznej ortodoksji, już sam fakt nie korzystania z kanapy jest dygresją oraz dowodem prima facie, wykazującym, że dana osoba nie jest „analitykiem”.
Właśnie ten rytualizm przyciąga wielu pacjentów, czują się oni częścią ruchu, doświadczają poczucia solidarności z innymi analizowanymi osobami oraz poczucia wyższości nad tymi, którzy nie przechodzą analizy. Często są one znacznie mniej zainteresowane wyleczeniem niż radosnym uczuciem odnalezienia duchowej przystani.

poniedziałek, 4 października 2010

Campbell o micie i sensie życia

W latach 70tych i 80tych ubieglego wieku Campbell rozmawiał w "New Dimensions Radio " na różne tematy głównie z dziedziny mitologii.

Poniższy fragment programu jest (niestety dla nieznających tego języka) po angielsku -- ale naprawdę SPOKOJNYM PO-WOLNYM i bardzo prostym językiem wyłożone . PO-LE-CAM !!!

ps. może ktoś ma czas i przełoży na j. polski - aby nie marginalizować niesłyszących oraz nieznających anglizy ?

pps. ubocznym efektem włączenia i słuchania (oprócz 2 wolnych rąk i pięknego głosu Campbella) jest, że możesz przeglądać inne strony :)



wszelkie komentarze mile widziane :)))

sobota, 2 października 2010

Jung i Mindell

Dziedzictwo, kontynuacja, ciągłość ...


" Jedynie tutaj, w życiu ziemskim, gdzie zderzają się przeciwieństwa, można podnieść ogólny poziom świadomości. Wydaje się, że podnoszenie tego poziomu stanowi metafizyczne zadanie człowieka. "
C.G. JUNG w: "Wspomnienia Sny Myśli"


"Świat jest po to, byśmy mogli doświadczać całości siebie, a my jesteśmy po to, by świat mógł stać się całością."
Mindell w: "Lider mistrzem sztuk walki"

"medytacja nie przynosi tego, o czym marzymy"

FRAGMENT WYWIADU Z MAŁGORZATĄ BRAUNEK - buddystką, nauczycielką ZEN, aktorką, matką, itd ")

zamieszczam, bo bardzo są mi bliskie przedstawione tu poglądy ...


(...) To Pani religia czy tylko filozofia?

Jedno i drugie. Zen, który praktykuję, stawia na własne doświadczenie człowieka. Jeśli spotka on na swej drodze pierwiastek boski, to będzie to wyłącznie jego zasługą.

To znaczy, że każdemu medytacja może przynieść coś innego?

Absolutnie tak – w zależności od jego uwarunkowań psychofizycznych. Jednak medytacja nie przynosi tego, o czym marzymy. Wprost przeciwnie, ogołaca nas ze wszystkich złudzeń i potrzeb. One naturalnie istnieją i są motorem do działania, ale nie są celem samym w sobie. To siła, która jest w każdym z nas. Nie można się jej nauczyć, trzeba ją odkryć.

Ile czasu poświęca Pani medytacji?

W ciągu dnia medytuję około 40 minut, natomiast dwa razy w tygodniu – po trzy godziny.

Jak wygląda ten rytuał? Zamyka się Pani na klucz, wyłącza telefon?

Nie, absolutnie. Wolę oczywiście jak jest cisza i nic mi nie przeszkadza, ale jeśli w tym czasie zadzwoni telefon, to go odbiorę. Kiedy moje dzieci były małe i mnie wołały, to do nich szłam. Ludzie mają mylny obraz osoby medytującej, myślą, że jest odizolowana od otaczającego ją świata. Przeciwnie: medytacja pozwala na lepszy z nim kontakt. My po prostu „odcinamy” wszelkie wyobrażenia, poglądy, myśli i marzenia. A gdy jest się w takim stanie umysłu, w którym znikają chęci i potrzeby, to wówczas to, co się pojawia, jest właściwe. Jest telefon, to się go odbiera. Przecież medytacja nie jest dodatkiem do sposobu życia, ona pozwala nam funkcjonować w sposób prawidłowy. Nie ma więc zaburzającego elementu rzeczywistości – nie dlatego, że w ogóle nie istnieje, ale dlatego, że nie pozwalamy, by nas wytrącał z równowagi.

Medytować można wszędzie?

Oczywiście. Jednak wiąże się to z pewnym zachowaniem, trzeba usiąść w odpowiedni sposób, wyprostować się, przymknąć oczy, a nie zawsze są ku temu warunki. Jeżeli więc jestem w grupie przyjaciół, na stole jest kolacja, to zamiast medytować, wolę usiąść i spędzić czas na rozmowie z nimi.

Czym jest dla Pani medytacja?

Do medytacji są potrzebne pewne narzędzia. Jeżeli więc zadajemy sobie pytanie, to nie możemy szukać na nie odpowiedzi, by jak najszybciej rozwiązać problem. Trzeba z tym pytaniem być. Bo myślimy w sposób dualistyczny: „Jeśli zrobię tak, to będzie dobrze dla mnie, ale może okazać się złe dla mojego dziecka”. Myśli biegają w głowie od–do, jak mała małpka. Musimy wejść w stan jedności. Wtedy pojawi się odpowiedź. I nie będzie ona ani dobra, ani zła. Będzie jedyna, a więc siłą rzeczy właściwa.

A jak się wydobyć z dołków?

Też trzeba z nimi być. Jeżeli mamy problemy, to chcemy się od nich odciąć. W związku z tym szukamy znieczulacza. Praktyka uczy, by nie odrzucać niczego – nawet cierpienia. Nie można powiedzieć, że coś jest złe. Jest takie, jakie jest. Nie żyjemy w świecie, w którym jest wyłącznie szczęście. Jest w nim także – a nawet przede wszystkim – cierpienie. Nie łudźmy się więc, że przejdziemy przez życie bezboleśnie. Tak się nie da.

I takie podejście pomaga lepiej żyć?

Mam nadzieję. Uciekając od bólu i cierpienia, tak naprawdę potęgujemy je. Robimy bowiem wszystko, żeby się ich pozbyć lub odwrotnie – wciąż o nich myślimy. Nakręcamy się sami: „Och, jaka ja jestem nieszczęśliwa”. Ja przez kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w jednym z warszawskich hospicjów. Spotykałam się z ludźmi chorymi na raka. Bardzo dużo mnie nauczyli. W naszej kulturze podtrzymuje się życie za wszelką cenę. A ja poznałam osoby, które były całkowicie wyzbyte odruchu walki ze swoim cierpieniem. To przecież nie znaczy, że nic ich nie bolało – bolało, i to strasznie. Ci ludzie cierpieli, ale potrafili przekroczyć własny ból, co sprawiało, że byli naprawdę radośni, uśmiechali się, i jeszcze pytali, jak się czuję. Na tym polega praktyka – na pogodzeniu się z życiem.

Ten świat pędzi. Boimy się, że zatrzymując się na moment, zostaniemy w tyle. Z tego, co Pani mówi, wynika, że medytując, można wyprzedzić innych, zajść dalej...

Tu nie chodzi o wychodzenie przed szereg, a o bardziej świadome życie. Trzeba poświęcić trochę czasu, by poznać dobrze samego siebie. Dostarczając organizmowi pokarmu, nie tylko pozwalamy mu przeżyć, ale też utrzymujemy go w zdrowiu. Nie będziemy mieć superciała, jeśli nie będziemy ćwiczyć. Tak samo trzeba ćwiczyć umysł. Wewnątrz nas jest dużo różnych drzwi i szufladek. Czasami otworzy się szufladka z wielkimi emocjami, czasami z ciszą, ze śmiechem albo z płaczem, itd. Ważne, by być szefem organizmu.

Jak więc dba Pani o ciało?

Staram się zdrowo odżywiać. Ludzie zaczynają teraz zwracać większą uwagę na to, co jedzą. Jednak temat zdrowego odżywiania wciąż jest mało nagłaśniany. A przecież kryje nie tylko zdrową kuchnię, ale i ekologię. Wyrabia w nas zdrowe odruchy, sprawia, że przestajemy być tak strasznymi ignorantami wobec zwierząt i roślin, czyli tego, co nas żywi. Mam nadzieję, że staniemy się przez to bardziej wrażliwi, nie będziemy chodzić w futrach i jeść mięsa 7 razy w tygodniu.

Została Pani wegetarianką z powodów ideologicznych?

Wyłącznie. Ludzie pukali się w głowę i mówili: „Świata i tak nie uratujesz, jak nie będziesz jadła mięsa”. Jest taka ładna opowieść o jezuicie Anthonym De Mello. Szedł brzegiem morza i rozmawiał z przyjacielem na tematy filozoficzne. Na piasku leżało mnóstwo meduz. De Mello co kilka kroków schylał się po jedną z nich i wrzucał ją do wody. Przyjaciel wreszcie nie wytrzymał: „Po co to robisz? Tych meduz jest tysiące. Przecież ich nie uratujesz. Czy to w ogóle ma sens?”. Na co filozof odpowiedział: „Zapytaj o to te meduzy, które przed chwilą wrzuciłem do wody”. Nie chcę przez to powiedzieć, że ja w ten sposób ratuję zwierzęta, ale... coś w tym jest. Nawet jeśli moje indywidualne starania są tylko kroplą w morzu.

A jak dba Pani o kondycję?

Rano staram się wykonać kilka skłonów i parę ruchów tai chi. Przymierzam się powoli do jogi. Bardzo powoli. Ale za to dużo jeżdżę na rowerze. I pływam. Uwielbiam to. Jest to dla mnie też rodzaj medytacji, gdy zanurzam się w wodzie, to momentalnie wyciszam umysł.

Aktorki za wszelką cenę chcą wyglądać młodo. Pani nie boi się pokazać zmarszczek...

Gdybym nagle zaczęła udawać przed sobą i ludźmi, że jestem młodsza, i walczyła z upływem czasu, to zaprzeczyłabym trzydziestu latom mojej praktyki. Trzeba pogodzić się z wiekiem, z tym, że odchodzimy, że musimy się zmienić. Jak patrzę na mój ogród, w którym trawa już pożółkła i liście opadają, to chciałabym zatrzymać lato. Zmarszczek też wolałabym nie mieć. Ale faktem jest, że kobiety, które medytują, wyglądają naprawdę rewelacyjnie. Ja mam przyjaciółkę praktykującą tyle lat co ja, ale starszą ode mnie o 5 lat – wygląda jeszcze młodziej! Namawiam więc wszystkie panie, by zamiast kupować strasznie drogie kremy, spróbowały medytacji. Bo z wiekiem te kremy kupuje się coraz droższe. Nie chcę tu przedstawiać swojego fałszywego obrazu, ja też ich używam. Lubię, gdy mają kolagen lub coś innego cudownego. Ale u kosmetyczki byłam dwa razy w życiu. Z prostej przyczyny: jestem leniwa.

Podróżuje Pani po świecie.

Niestety, coraz rzadziej. I jeżeli gdzieś wyjeżdżam, to przeważnie w sprawach duchowych, na nasze sesje medytacyjne.

Werbuje Pani innych?

Już wiem, że namawianie do buddyzmu jest sprzeczne z jego systemem. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, coraz częściej poszukują antidotum na to, co się dzieje w ich życiu. W tej dekadzie stawia się na rozwój. Jeśli więc chcą być dobrymi pracownikami, muszą stale pogłębiać wiedzę, także na własny temat. A buddyzm to samoświadomy rozwój.

Czego moglibyśmy nauczyć się od buddystów?

Choćby tego, by nie odrzucać bólu, cierpienia. Ale i radości. Bo czasem spotyka nas coś cudownego, a my uważamy, że na to nie zasługujemy. Trzeba nauczyć się przyjmować wszystko, co daje los. Ale też mieć świadomość, że marzenia przysparzają nam kłopotów, jeśli zanadto się do nich przywiążemy. Bo nie możemy niczego posiadać na własność – nawet własnych dzieci.



autor: Ewa Anna Baryłkiewicz (miesięcznik "Zdrowie") zdjęcia: Ł. Głowala/Forum

piątek, 1 października 2010

Podcast Experyment

CIekaw byłem czy mi sie uda z bloga zrobić podcast.

Oto pierwsza próba - (na razie sama muzyczka ale w mp3) :

https://docs.google.com/leaf?id=0B9cQMmo5F3-eZDA0MzI4MjAtNzJmNy00ZjY1LWI3OTAtNjE4ZDhmNDU5YTg3&hl=pl



a tu up-date tego samego, chyba lepszy, bo nie trzeba będzie ściągać ... http://aquaterapia.wrzuta.pl/audio/0yfCEomcuDC/serbia_-_ajde_jano

lub jeszcze może lepiej:


inna wersja -- jak fajna, chyba zbzikuję z radości i możliwości :)))

Wewnętrzny dialog

Nauczyciele duchowi całkiem słusznie zachęcają do uciszenia wewnętrznego dialogu. Jeśli ów dialog nas przytłacza i niewiele poza nim doświadczamy - to ma sens. To dobre doraźne rozwiązanie.
Jednak na głebszym poziomie czy takie podejście faktycznie jest to w pełni możliwe? Czy jest to zrównoważone trwałe w czasie i dobre dla całego otoczenia (sustainable) ?

Moim zdaniem nie.

To tak jakby kijem zawracać górski strumień (rzekę). Umysł współdziała ze Śnieniem Planety - Kosmosu. Jest częścią całości - bezustanną kreacją, tworzeniem, rodzeniem się. Powstawanie myśli, to ważna część jego natury. Sztuką jest nie tyle uciszenie dialogu, ile nie /nadmierne/ "wkręcanie" się weń. Lub wręcz cieszenie się nim nawet :)

A w końcu jedna z zasad Głebokiej Wewnętrznej Demokracji powiada: w dialogu silny i natrętny głos musi być taki, bo najprawdopodobniej wcześniej nie został usłyszany (wysłuchany). Wyciszy się, gdy otrzyma przestrzeń do wypowiedzi oraz (lub zwłaszcza) do u-sły-sze-nia



oto wymiana myśli z dzisiaj :
#
będę musiała to uważnie obejrzeć, bo moje dialogi czasem mnie powalają ;))

#
Robert: zawsze warto sie dowiedzieć kto z kim rozmawia ;)

odp.: zamiast rozkminiać wolę przestać ;)
O! oglądam i ta pani mówi to samo! żeby przestać! he he


Robert:
hi hi - coś we mnie sięgnąło na półkę z ulubionymi lekturami:

"Był pewien mnich, który wyśpiewywał wiersz napisany przez Mistrza Dharmy Wo Luna:
Wo Lun posiada dobry sposób
na to by odciąć wszystkie myśli.
Żadne zjawisko nie wzrusza jego umysłu
i z dnia na dzień wzrasta bodhi.
Słysząc to Mistrz (Huei Neng) powiedział: Ten wiersz ukazuje, że autor nie urzeczywistnił swojego umysłu. Gdyby ktoś praktykował w taki sposób, zawiązałby sobie jesczcze więcej supłów.
I wypowiedział następujący wiersz:

Hui Neng nie ma żadnego sposobu
i nie odcina wszystkich myśli.
Okoliczności często wzbudzają jego uymysł,
jakże więc może wzrastać bodhi?

z Sutry VI Patriarchy Zen - Hui Nenga -- polecam :))


Huei Neng żył w Chinach w l. 638 - 713. Znany był z licznych cudów; a to jego głowy komuś nie udało się odciąć, czy pustej miski podnieść, a i ciało jego po 1300 latach się nie rozkłada, itp.
Osiągnął on wielkie zrozumienie(oświecenie) będąc analfabetą , bez medytacji, itd, gdy "przypadkiem" usłyszał recytowany fragment buddyjskiej "Sutry Diamentowej" . Dla mnie jego rozumienie umysłu i buddyzmu jest bardzo Głęboko Demokratyczne i nieczego nie wyluczające :)

Wolne - Szybkie myśli ;)

Czasem wymieniam w różnych m-cach korespondencje i są to rzeczywiście zajmujące mnie tematy. Pomyślałęm, że jak je tutaj wstawię, to za jakiś czas zobaczę, co ze mną flirtowało w danym okresie czasu. To było wczoraj:

(część moich wypowiedzi dotyczy nie cytowanych zda innych osób)

Ale ze śmierdzącego "pokoju" się wyjść nie da. (w odpowiedzi na sugestię, że można porzucuić problemy wynikające z rodziny i wychowania tak jak się wychodzi ze śierdzącego pokoju)
Stąd mit o pierwszej pracy Heraklesa - czyli o myciu stajni Augiasza. Smród bez oczyszczenia zawsze poniesiesz ze sobą. Błąd 'hell-ingerowców" polega na tym (jak analogiczny błąd "regre...singu"), że /w większości/ ludzie biorą znaczenie symboliczne za faktyczne!
Swe dziedzictwo tak genetyczne jak i psychologiczne zawsze masz ze sobą. Jednak wiara, że "Porządek Rodziny" zmieni coś w faktycznej rodzinie jest naiwnością. Spotkałem ludzi po dziesiątkach "ustawień" - już bez tej "wiary" w magię ustawienia. Jeśli jednak coś zmienisz w swoich wewnętrznych obrazach postaci rodzicielskich i uniezależnisz się od ich (wewnętrznej) tyranii, to wówczas jest szansa. Niestety Hell-inger proponuje wtórną zależność (np. pokłony dla rodziców), która w przypadku nadużyć ze strony postaci rodzicielskich skutkuje również wtórną wiktymizacją ...

(...) /w odpowiedzi, na słuszny argument, że nie jesteśmy "tylko" TYM ciałem, w jakim żyjemy/

‎"Uleczenie" zależy oczywiście od zgody na pewną definicję tego terminu (i na spełnienie wyznaczonej nią normy) -- co pozostaje na razie poza dyskusją... Natomiast dopóki się tym nie zajmiemy i to dogłębnie, to głównie jesteśmy TYM ciałem ...--- wskazuje na to zarówno psychologia (dynamika życia wewnętrznego,sny, fantazje, nagłe "intruzje" - wspomnienia, skojarzenia, itd.) jak i neurobiologia (np zapach lub inny subtelny bodziec na poziomie węchomózgowia może wzbudzić całą kaskadę wspomnień, reakcji na nie a nade wszystko zachowań całkowicie nieadekwatnych do bieżących okoliczności).
A dzieje się tak, bo mocne, (zwłaszcza traumatyczne) przeżycia emocjonalne zapisują się PONIŻEJ kory mózgowej w układzie limbicznym, głównie w ciele migdałowatym. Rozumem i myślą (z kory mózgowej) tam nie dotrzesz (tak jak nie dopłyniesz na wyspę samochodem!) bo to zupełnie inna droga i rodzaj doświadczeń.
Zatem możesz MYŚLEĆ, że coś porzucasz, omijasz, że coś może cię nie dotyczyć, ale okazuje się, że pomimo tego będziesz śnić o "tym". Zazwyczaj "uwolnienie" bez emocjonalnego zbrukania się (zasadniczo ciężkiej pracy nad oporami, by tego nie robić!) starym dziedzictwem (WYŁĄCZNIE w celu uświadomienia i uwolnienia się od niego!!!) nie jest możliwe.
Zachodzi tu także paradoks opisany ze 150 lat emu przez Kierkegaarda: że jeśli coś negujesz, stajesz w opozycji do czegoś, to wiążesz się z tym "au rebours".
Co ciekawe, większość neurobiologicznych badań ostatnich 20 lat wykazała, że emocje wspomagają (lub druzgoczą) "racjonalne" decyzje (których de facto w rozumieniu Kartezjusza NIE MA wcale!) i zazwyczaj podejmowane są one na poziomie nieświadomym znacząco wyraźnie PRZED ich werbalnym sformułowaniem czyli uświadomieniem. Wiemy to wszytko dzięki technice - rezonans
magnetyczny - który pokazuje, w których miejscach i kiedy zachodzą odnosne procesy myslenia.
Na moim blogu zamieściłem troche odnośników (także filmików) do tych fascynujących odkryć ... Włącznie z opisem badań (po ang.) pokazującymi jak nasz układ nerwowy drwi sobie z czasu tworząc odpowiedzi wyprzedzające w czasie zadawane pytania ...


Hm. To może przykład: widzisz np. twoje dziecko jak coś robi i ogarnia cię złość. NIespodziewanie dla siebie krzyczysz na nie lub nawet więcej. To jest efekt/skutek /działanie "ducha" przeszłości TU i TERAZ. Nie zmienisz go dopóki nie zmienisz źródłą z którego on wypływa. Mantrowanie spokoju, wyższe moce, Aloha itp., działają tylko popowierzchownie


Cytat odpowiedzi (nie mój) : Robert. Można zmienić źródło nie babrając się w dotychczasowym. Tak jak zmieniasz buty. Nie musisz zjeść starych ani zębów na nich połamać ani nawet nie musisz zapłacić za ich utylizację. Jak masz chęć i wolę, to gówno odpada. Nie musisz w nim grzebać.

(moja) odp:
OH! Tak byłoby cudownie! (z tą zmianą butów). Ale niełatwe -- sądzę, że to
przywilej b. nielicznych. Recepta jest zbyt prosta, bo inaczej procent
szczęśliwych i zadowolonych na tej planecie byłby znaaaacznie wyższy!
O tym jak silne są wzorce ...zapisanych głeboko traum, emocji, etc (i to nie
tak mocnych jak np. PTSD), wie nie tylko psychologia ale i chociażby
buddyzm od 2500 lat, gdzie te wzorce porównywane są do głębokich kolein
(samskara w sanskrycie), z których niezmiernie ciężko się wydostać. Sama
idea karmy i samsary - ciągłych (przymusowych wręcz) powtórzeń o tym
opowiada (i nie chodzi bynajmniej o koeljne wcielenia!). Prawdziwe i
skuteczne (!) "wyjście ze starych butów" wydaje mi się równoważne bardzo
głębokiemu oświeceniu.
Kiedyś robiłem wywiad do gazety z mistrzynią Zen (do przeczytania na www.
ośrodka Bodhidharma w Falenicy ul. Filmowa) i powiedziała, (m.inn) że po
wielu latach nauczania (i wiele lat po "wyjściu ze starych butów") bardzo
jej była pomocna psychoterapia ...