O Falach, Dźwiękach, Leczeniu i o Naszych losach ...

Poniższy tekst napisałem ponad 5 lat temu. Dzisiejsza konwersacja z Radosem sprawiła, że postanowiłem przywołać go i uzewnętrznić.


Didgeridoo Bath
albo zaśpiewywanie choroby

Wyobraź sobie taką scenerię, w której po długiej podróży docierasz do australijskiej szamanki (co może być trudne, bo tam jednak są nimi głównie faceci ). Busz, gorąc, może pustynia albo górny lub – być może - równoległy świat. Czas płynie jakby inaczej niż w cywilizacji. Niespiesznie opowiadasz, co ci dolega. Wypijasz jakiś dziwny napój. Możliwe, że zaczniesz opowieść dziś, możliwe, że skończysz jutro lub nawet pojutrze. Oto pradawne story-telling – odwieczny obyczaj zastąpiony wiadomościami TV. Zasadniczo nie wiadomo kto dokładnie kreuje opowieść. Na pewno wiadomo, że każda opowieść, saga czy baśń zabiera nas - słuchaczy i bajarza - do Dream-Time; do Epoki lub Czasu Snu – Śnienia.
Przed dziesiątkami (może milionami?) tysięcy lat – w Epoce Snu, in illo tempore - jak by powiedział Eliade - mityczni Praprzodkowie wędrowali po Ziemi i wraz z Nią współkreowali linie pieśni - Song-Lines. Tam gdzie spoczęli powstawały geologiczne twory; góry, sadzawki, skały i minerały. Kiedy śpiewali, to nadawali formę czującym istotom. Nieukształtowanie śnienie przyoblekało się w formę kangura czy dziobaka, no i człowieka. Tak więc od tych pradawnych czasów do dziś kieruje życiem tak w ogóle jak i w szczególnym przypadku każdej istoty Śnienie wraz z linią pieśni.
Mityczni Pra-przodkowie wciąż podsycają Śnienie świata; bez tego zapewne wrócilibyśmy do świata bez-formy, do pierwotnego kosmicznego jaja, do prymarnego niezróżnicowania. Oni są i śpiewają pieśń tak długo, jak długo ktoś o tym wspomni.

Szamanka - uzdrowicielka o silnym oku dobrze o tym wie . Każdego ranka po przebudzeniu, na krawędzi snu i jawy odszukuje pieśń świata oraz pieśń własnego Śnienia. Wyraża je na głos pomagając mitycznym Praprzodkom w dziele podtrzymywania trwania świata. Z zadziwieniem bada jak linie i fale jej pieśni zbiegają się, interferują, nakładają się, a w końcu są spójne (koherentne) z falami linii pieśni Uniwersum. Bez współgrania z licznymi liniami pieśni nie potrafiłaby uzdrawiać. Moc nie jest jej dana, ona jest co najwyżej punktem zbornym wielu sił, obszarem, gdzie stykają się ze sobą linie pieśni i gdzie mogą swobodnie płynąć dalej. Może szamanka jest nawet ich wzmacniaczem?
Być może jakimś sposobem i z wielką radością usłyszała jak jej brat, inuicki szaman z drugiego końca świata, na północy Kanady opowiadał:

"Istnieje Najwyższe Ja będące mieszkańcem albo duszą (INUA) uniwersum. Nie wiemy o nim nic prócz tego, że ma łagodny, żeński głos tak czysty i delikatny, że nawet dzieci nie odczuwają przed nim strachu. Głos mówi: Sila ersinarsinivdluge - nie odczuwaj strachu przed Uniwersum."

O tak, szamanka na pewno słyszała o mocy Sila; bo Sila to Śnienie Wszechświata, duch powietrza, przestrzeni, to siła ciszy. Można go dostrzec wówczas, gdy ludzie nie żyją w prawdzie-z-sobą, wtedy Sila wyraża swój gniew w formie gwałtownej, często śmiertelnej śnieżycy.

Jakiś przybysz opowiadał też o pradawnej ojczyźnie Aborygenów – Indii, skąd być może przybyli oraz o tym, że w świętym piśmie, Sutrze Surangama o Liniach Pieśni, tym odwiecznym brzmieniu, tak było napisane:

"Jakże słodko tajemniczy jest transcendentny dźwięk Awalokiteśwary, pierwotny dźwięk wszechświata (...) To ujarzmiony pomruk cofającej się fali odpływu. Ów tajemniczy dźwięk niesie wyzwolenie i pokój wszystkim istotom, które dręczone bólem wołają o pomoc. Ów dźwięk niesie doskonałą równowagę wszystkim, którzy szukają niezmierzonego spokoju Nirwany."

Nieznany przybysz dodał, że drogą oświecenia Awalokiteśwary było badanie natury słuchania, wsłuchiwanie się w linię pieśni Śnienia. Podobno ów Awalokiteśwara bezustannie zadawał sobie pytanie: "czy to dźwięk zmierza do ucha, czy ucho do dźwięku?"
Szamanka pomyślała: "Ciekawe czy przy tym nie zamieniał się chwilami (albo całkiem) w słuch? Ciekawe, kto w swej istocie słuchał(a) ?”

Następnego dnia, kiedy szamanka, po dobrze przespanej nocy i licznych snach, już dobrze wiedziała co ci sprawia cierpienie, wzięła swój muzyczny instrument i zaczęła go dostrajać. Spróbowała tonu niższego, później wyższego, dodawała kolorystyki i alikwoty bezustannie i bardzo czujnie obserwując jakie wrażenia sprawiają te dźwięki „pacjentce". Pacjentka ze spokojem i cierpliwością (czyli z 'pacjencją') pozwalała omywać się dźwiękom. Obie badaczki dźwięków odkryły, że jeden z nich najlepiej reprezentuje naturę „choroby". Miał on taki sam ton, rytm, ekspresję jak dręcząca chorą dolegliwość.
Po krótkiej chwili, obie postanowiły podnieść ów ton o oktawę. Stworzyły "nad-ton" czyli alikwot. Za każdym razem, gdy wsłuchiwały się w naturę tego dźwięku (lub tego, który powstał wcześniej - „pierwszego") podróżowały do równoległego świata specyficznego dźwięku-choroby, kroczyły wzdłuż jego linii pieśni, eksplorowały go. Na dodatek kroczyły wstecz i w przód. W przyszłość i w przeszłość!
Później zaczęły śpiewać obie pieśni naraz! I stało się tak jakby łączyły nie tylko dwie linie pieśni, ale jakby w istocie dokonywały „zlania" się dwóch światów oraz różnych czasów. Dwie różne, a zarazem tożsame pieśni; ton i jego alikwot utworzyły spontanicznie coś trzeciego. Absolutnie nową, niewyobrażalnie niespodziewaną i nie-do-pojęcia-rozumem linię trzeciej pieśni będącą efektem lub raczej rezultatem (a właściwie resolutio) śpiewu dwóch pierwszych.
I ta trzecia pieśń okazała się lekarstwem. Usiadły obie przed chatą. Zapaliły zioła. Spojrzały na niebo i ziemię. Dymem oczyściły przestrzeń. Podarowały duchom i żywiołom jadło oraz spirytualne napoje. Rytuałem przywołały łączność z Pra-przodkiniami.
A potem Szamanka zagrała na swym instrumencie i troskliwie obmyła rezolucyjnym dźwiękiem pacjentkę, zaś pacjentka z rozkoszą i wielką uważnością poddawała się dźwiękowej kąpieli wychwytując każde, nawet najdrobniejsze doznanie. Do dziś nie wiadomo, czy pacjentka wyzdrowiała. Niestety, nawet ku największemu zmartwieniu autora, w tej opowieści pozostaje to nierozstrzygnięte. Wiadomo na pewno, że ze spotkania z szamanką pacjentka powróciła bardzo, bardzo szczęśliwa, albowiem w magiczny sposób, nie do końca wiedząc jak to się dokładnie stało, odnalazła swą linię pieśni, ścieżkę serca, szlak prowadzący bliżej legendy jej życia. Na dodatek stało się to po części dzięki chorobie !
Kiedy pacjentka wracała do cywilizacji, na skraju miasta zaszła do domu znajomego uczonego.

Jej rozum chciał jednak wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi - nie chciał zostać zmarginalizowany tak modnym ostatnio "dyktatem serca".
Pacjentka wiedziała na pewno, że nic takiego szczególnego się nie wydarzyło, to znaczy wiedziała, że to, co odkryła, gdzieś już jakoś wcześniej przeczuwała. Może nawet od czasów dzieciństwa. Ta linia pieśni zawsze była jakby na krawędzi słyszenia, zahaczała o czubki palców, czasem nawet była wręcz natrętnie nachalna. Ale była tak samo jak wspomniana moc Sila, jak powietrze, Śnienie, przestrzeń - nieuchwytna.

Uczony wysłuchał jej opowieści. Pyknął z fajeczki. Jeszcze bardziej zmierzwił swe wiecznie rozczochrane włosy. Wstyd powiedzieć, ale nawet ziewnął dwa razy! Odchrząknął i rzekł był trochę jakby pod nosem:
- Fale.
- Co fale? - rezolutnie zauważyła skonfundowana pacjentka.
- Koherencja. - dodał lakonicznie uczony.
- Aha. I to wszystko? Mam już sobie iść? - zadała dwa pytania nieco jakby poirytowanym tonem.
- Aha. - zorientował się uczony po niewczasie. To znaczy zorientował się, że choć w jego świecie kwantowych nielokalności wszystko jest z sobą splątane, to jednak niekoniecznie oznacza to, że gdy on coś sobie pomyśli, to ta sama myśl lub wgląd automatycznie zagości w umyśle interlokutora/ki. Że on lub ona wskutek wielu okoliczności nie stanowią z nim jedności odbierającej na tej samej fali.
- No tak. - dodał zatem uczony to krasomówcze, a jakże głębokie oraz inteligentne sformułowanie. Prawdę mówiąc, po prosu nie wiedział za bardzo od czego zacząć.
- Dźwięk to fale - zaczął jednak, albo raczej kontynuował. - Kiedy grasz na przykład na bębnie, to możesz zobaczyć, że jego powierzchnia porusza się, wibruje. Te wibracje przekazywane są pod postacią fali cząsteczkom powietrza, które tą falą po krótkim czasie wprawiają twoje błony bębenkowe w uszach w analogiczną wibrację albo rezonans. Bynajmniej nie jest to tylko jedna fala, niestety. To cała mieszanina fal składająca się na jedną, można by rzec „falę pilotującą". Dlatego na przykład ton "E" będzie wspólną falą pilotująca dla wielu fal w różnych instrumentach. Trąbka, pianino, gitara, człowiek wszyscy mogą wybrzmieć "E", a jednak różni się ono dla każdego instrumentu właśnie z powodu tej mieszanki fal. My też jesteśmy falą, albo jakby to Niuejdż określił „wibracją".
- Jak to? - rezolutnie zauważyła troszkę skołowana pacjentka.
- Och, nie przejmuj się, - uspokoił ją uczony. - Zasadniczo odnosi się to do poziomu kwantowego. Ekstrapolacja mechaniki kwantowej na obiekty w skali makro, choć teoretycznie prawdopodobna wydaje się być niewykonalna, choć z drugiej strony, taki Hawking konstruując swoją wersję GUT próbuje jakby pójść na całość, czyli stara się znaczy przełożyć mechanikę kwantową na Wszechświat(y).
- Mhm, - chrząknęła terapeutycznie pacjentka widząc, że uczony poddaje się swoim nałogowym skłonnościom do zapętlonych dygresji.
- No już dobrze, - podjął wątek uczony. - Załóżmy jednak że jesteśmy falami, to znaczy, że ciebie i mnie można np. określić jako falę o pewnej długości, amplitudzie, częstotliwości, itp., to podobnie jak bęben, każde z nas będzie mieć jakąś zasadniczą oraz indywidualną "falę pilotującą". Jung powiedziałby, że tą falą jest przepowiadany przez sny z dzieciństwa mit osobisty, a pewien znany pisarz nazwał to po prostu legendą życia. Ten mit, podobnie jak fala pilotująca ma specyficzne cechy; dodaje energii, kiedy jesteśmy na jego "fali", a przy tym w subtelny sposób oddziałuje na nas "z przyszłości", tak jakby stacja kolejowa przyciągała do siebie pociąg jadący po torach, albo światło latarni niczym wabik oddziaływało "ciągnąco" na płynący w jej stronę statek. To wynika również z tajemniczej własności fal dającej im pewną niezależność od czasu. Czasami mogą one poruszać się wstecz w czasie.
Zdarza się, że jesteśmy "nie dostrojeni" do długości naszej fali pilotującej. Nawet częściej niż rzadziej, niestety. Instrument brzmi wówczas fałszywie. A zatem można powiedzieć, że szamanka wprowadziła cię w odpowiedni "nastrój". Poprzez wychwycenie dwóch linii pieśni, tej która była fałszywa oraz tej, która była jej przyczyną, zestroiła je lub dokładniej mówiąc spowodowała koherencję fal. Koherencja to "zgodność", przystawalność, spójność. Z naukowego punktu widzenia jesteś szczęśliwa, ponieważ jesteś bardziej koherentna ze swoją falą pilotującą, ze swym mitem życia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że również atomy oraz komórki twojego ciała będą bardziej "koherentne". Pełnia koherencji układu ciało-umysł-świat mogłaby być zapewne najlepszą z definicji zdrowia.

- Aha. Oho. No-no. - stwierdziła z pewną dozą podziwu (nie wiadomo dla siebie czy dla uczonego)pacjentka. - No to ja bardzo dziękuję. Było mi niezwykle miło usłyszeć pańską opinię. Do zobaczenia. - Po czym falując sukienką na wietrze, nadal przebywając w niezmącenie świetnym nastroju powibrowała do centrum miasta.

2 czerwca 2005, Kraków

Komentarze