Indianie NASKAPI: Trzęsący się namiot


Indianie Naskapi - pocz. XXw



Pisząc o wpływie snów na życie na jawie (na bogu: kwiecień 2009 -- http://robertpalusinski.blogspot.com/2009/04/sny-zycie-na-jawie.html ) wspominałem o tym jak wielką wagę do snów przykładali Indianie Naskapi z Labradoru. Gdzieś w moich notatkach i archiwach znalazłem prezentowany tutaj niesamowity opis ceremonii u tychże Indian...

Trudno mi było odnaleźć źródło poniższego tekstu oprócz cytowanego w tekście tytułu książki, ale znalazłem troszke o Naskapi w ostatnich latach:

"Od wieków Indianie z Labradoru byli ludem koczowniczym. Jesień i zimę spędzali w głębi półwyspu na polowaniach na renifery i karibu, a wiosną szli w kierunku wybrzeży i tam żyli z rybołówstwa i wyprawiali przywiezione zwierzęce skóry. Ziemia tutaj jest uboga i jałowa, dlatego nie można się z niej wyżywić. Trzeba stale wędrować. Struktura społeczna Indian koncentrowała się zawsze wokół klanu. Rodziny żyły w rozproszeniu ze względu na ogromne przestrzenie lasów, w których polowano. Nie istniała więc większa organizacja społeczna niż rodzina. Jeśli spadło na nią jakieś nieszczęście, ratunku szukano u szamana. Spośród licznych rytuałów indiańskich charakterystyczne są trzy. Pierwszy stosowany jest w celu uzdrowienia chorego lub wypędzenia z niego duchów nieczystych. Polega na rozgrzaniu w namiocie wielkiego kamienia i wytworzenia czegoś w rodzaju łaźni parowej. Chory musi wypocić z siebie złe moce. Drugi rytuał to rozmowa z duchami zwierząt. Szaman przy pomocy bębnów wywołuje duchy karibu i reniferów i prosi je o zapewnienie ludziom obfitości zwierzyny łownej. Trzeci natomiast rytuał jest najbardziej tajemniczy. Należy on bezpośrednio do zjawisk czarnej magii. Przy pomocy zaklęć szamani kontaktują się z duchami przodków, których przybycie jest „widoczne” w postaci unoszącego się nad ziemią namiotu. Misjonarze kategorycznie zakazali tego rytuału, ale do dziś Indianie po kryjomu zbierają się w „trzęsących się namiotach”. Ciekawe jest jednak to, że pociąga ich kontakt z duchami zmarłych, ale czują ogromny lęk przed ich ciałami. Cmentarze indiańskie są zaniedbane i opuszczone. Nikt nie ma odwagi tam chodzić. Dawniej namiot, w którym ktoś umarł, palono, a miejsce natychmiast opuszczano."

powyższa wzmianka to słowa misjonarza tam żyjącego o. Jean Fortin OMI


Trzęsący się namiot - Ewa Lips, będąc u Indian Naskapi gdzieś w połowie XX wieku, napisała:

„(...) U subarktycznych myśliwych Naskapi z Labradoru przeżywałam jako naoczny świadek rozmaite praktyki magiczne w specjalnie do tego celu zbudowanym namiocie. W swej książce ‘Zelte in der Wildnis’ zamieściłam opis takiej ceremonii u Indian Naskapi, który chciałabym tutaj przytoczyć. Chodziło wtedy o wykrycie złodzieje sideł. Czarownik nazywa się Utisz, złodziej – Pelkutagen, a syn okradzionego, który występuje tu jako ‘ojciec’, zwie się Pirre. Najpierw trzeba było kilkakrotnie Utisza odwiedzić i opłacić, zanim wyraził gotowość zajęcia się sprawą, i to dopiero po tym, gdy przyśniło mu się, że ojciec ma słuszność. Najpierw Utisz ostrzegł symbolicznie złodzieja, nasyłając mu wielkiego barwnego ptaka, a następnie rosomaka, który wykradł mu zdobycz. Gdy to nie pomogło, Utisz postanowił urządzić ceremonię magiczną w specjalnie na ten cel wzniesionym namiocie, zwanym wapanon, rozpiętym na sześciu żerdziach z sześciu różnych gatunków drzew.

Namiot, który teraz stawiali, miał być bardzo solidny, z wielkim więc wysiłkiem wbijali żerdzie w zamarzniętą ziemię. Jak wszystkie pomieszczenia dla duchów, tak i to zwrócone było wejściem w stronę wschodzącego Słońca. Ojciec przekonał się osobiście, że żerdzie zostały silnie umocowane.

- Nie poruszy ich żadna ziemska siła – szepnął.

Gdy wszystkie sześć żerdzi ustawiono w kształt koła, w połowie wysokości przywiązano do nich korzeniami świerkowymi drewnianą obręcz. Wapanon mus być okrągły, tak jak wszystkie stare namioty. Duchy wolą ten kształt, lubią bowiem krążyć dookoła czubka wapanonu. Teraz sporządzono drugą, mniejszą obręcz drewnianą i założono ją na końcu owych sześciu żerdzi, ściągając je skośnie ku środkowi. Gdy wszystko zostało mocno z sobą powiązane, szkielet namiotu przybrał kształt ściętego u góry stożka. Mógł on byś teraz dokładnie obciągnięty ściśle dopasowanym pokryciem z pozszywanych kawałków kory brzozowej. Tylko na samej górze pozostał otwór, aby duchy mogły się łatwo dostać do środka. Oprócz kilku gałęzi jodłowych służących do wyścielenia zlodowaciałej ziemi wapanon nie wymagał żadnego wyposażenia wnętrza.

Utisz, zaklinacz duchów, zawiązał sobie na głowie trójkątną barwną chustę na kształt jakiegoś dziwnego turbanu. Zapadł już zmierzch, wkrótce miały nastać ciemności. Z magicznym bębnem w ręku Utisz podszedł do pustego namiotu. Uniósł nieco korę do góry i głową naprzód wślizgnął się do środka. Indianie przypisywali mu zdolność przywoływania mistapeo, czyli dusz wszystkich istot i przedmiotów. Ssaki, ptaki i ludzie, Słońce, Księżyc, gwiazdy stawały na jego wezwanie, rzucone o tajemnej godzinie. W namiocie Utisz począł bić w czarodziejski bęben, a rytmicznym uderzeniom towarzyszył jego monotonny śpiew. Zebrani na dworze wśród nocy widzieli, że każda rzecz i każda żywa istota ma swego własnego ducha czy też duszę – mistapeo, co znaczy ‘wielki człowiek w tobie’, i że wszyscy potężni czarownicy potrafili te duchy przywoływać. Utisz, który teraz klęczał w ciemnościach wapanonu i zawodząc bił w bęben, nie był już dla nich myśliwym, jakim go znali wszyscy Indianie Naskapi. Przemienił się w niepojętą istotę, przestał być człowiekiem, a stał się siłą magiczną. Prawdopodobnie jego własny mistapeo opuścił już go, aby w postaci ptaka szybować po nocy i spraszać inne duchy, których obecność w wapanone była niezbędna.

I oto – Pirre poczuł to zupełnie wyraźnie – przybyły pierwsze pomniejsze mistapeo, zapewne duchy ptaków i mniejszych zwierząt. Mógł wyraźnie odróżnić ich ćwierkanie, warczenie, pomrukiwanie i świstanie, mieszające się z odgłosami bębna i śpiewem czarownika. Wydawało się, że coraz więcej istot zbiera się w namiocie. Pirre znał tak dobrze właściwości widzialnych i niewidzialnych stworzeń władających terenami łowieckimi, że mógł teraz dokładnie rozpoznać przejmujący gwizd gnomów, które – zależnie od upodobania – czasem niewidzialne, a czasem w postaci ludzkiej przemierzają lasy. im więcej duchów zwoływał do wapanonu Utisz, tym większa stawała się jego potęga i tym bardziej niespokojne musiało być sumienie Pelutagena. Nagle cały wapanon, jakby porwany w wir trąby powietrznej, zaczął się trząść w posadach, choć zbudowany był tak mocno i choć nie czuło się najlżejszego powiewu wiatru. Głosy rozlegały się coraz donośniej. Pirre chwycił bezwiednie ojca za rękę i wbił osłupiały wzrok w namiot. Ledwie zdołał powstrzymać okrzyk przerażenia, gdy nagle ujrzał na udeptanym śniegu żywą rybę wysuwającą się spod pokrycia namiotu i znikającą z powrotem w jego wnętrzu – choć w okolicy nie było ani jeziora, ani potoku. Zaraz potem rozległ się ogłuszający wrzask i na moment ukazały się łapy olbrzymiego niedźwiedzia, by natychmiast zniknąć w ciemnościach wapanonu. Teraz wydawało się, jakoby ogromny ptak, nadleciawszy z północy, krążył nad namiotem. Pirre słyszał łopot jego skrzydeł w powietrzu, ale sam ptak pozostawał niewidzialny, aż nagle zdało mu się, że wpadł przez otwór do wnętrza wapanonu. Nie ulegało wątpliwości: to przybył Papam hiauine, ‘latający pan’, który zawsze nadciąga z północy i na północ odlatuje. Był to duch obserwujący czyny ludzi i zwierząt w chwilach, gdy są przekonani, że nikt ich nie widzi; żaden spór miedzy duchami nie mógł być rozstrzygnięty bez niego. Wewnątrz namiotu przemawiał on teraz nieprzerwanie swym na wpół ludzkim, na wpół ptasim głosem, krążąc w górze wapanonu.

Choć Pirre z całych sił wytężał wzrok, nie widział nic prócz połyskujących w blasku Księżyca konturów namiotu. Nie uświadamiał sobie wcale tego, że wszystkie zjawiska i zdarzenia, które tak chciał oglądać, sprowadzały się wyłącznie do wrażeń słuchowych i że wszystko, co ‘widział’, podpowiadała mu tylko głęboko zakorzeniona prastara wiara i własna fantazja. Ogólny głośny szum w wapanonie zdawał się teraz wskazywać na to, że tłumnie zebrane duchy pozdrawiały się wzajemnie. Czyżby przybył już ostatni potężny uczestnik zgromadzenia – władca śniegu, lodu i burz, potężny ‘pan północy’ – w towarzystwie mistapeo samego Utisza? Jeśli on sam pofatygowałby się tutaj, oznaczałoby to, że szykuje się tak groźna rozprawa, iż grzeszny Pelkutagen nie miał już najmniejszych szans stawienia czoła sztuce Utisza, który zaklął przeciwko niemu połączone siły wszystkich najpotężniejszych duchów.

Teraz zadrżała nawet ręka ojca. Osunął się on jak martwy do tyłu i opadł placami na pień ogromnej jodły, pod którą siedzieli. Zapewne jego własna dusza powołana został na świadka, a sztuka czarodziejska Utisza sprowadziła ją do namiotu, aby przed zebranymi duchami wniosła skargę na Pelkutegena. Wtem z wielu niewidzialnych krtani wydobył się jeden wielki krzyk. Pirre nie był już w stanie myśleć, ale czuł, co dzieje się tam w środku: to dusza Pelkutegana została zmuszona do stawienia się przed sądem duchów.

Starzy Indianie opowiadali mu często, co działo się zwykle, gdy wszystkie zaproszone duchy przybywały na sąd. Udawał wtedy, że wierzy w to wszystko, ale w głębi serca pokpiwał sobie z tego. Lecz teraz uwierzył bezgranicznie, choć nie mógł tego pojąć rozumem. Słyszał z głębi namiotu głosy swego ojca i czarownika Utisza, zapytujące uroczyście mistapeo oskarżonego Pelkutagena, czy popełnił on występny czyn, czy winny jest kradzieży sideł i zamachu na życie całej rodziny. I słyszał zupełnie wyraźnie, jak po długiej przerwie znajomy głos Pelkutagena wybełkotał: tak. Przed obliczem duchów przyrody nie ukryje się żadne kłamstwo. To przyznanie się do winy było sygnałem do walki, jaka wywiązała się teraz między Mistapeo ojca i złodzieja. Brały w niej udział zgromadzone duchy, stając po stronie słusznej sprawy. Po upływie pewnego czasu, którego trwania nie można mierzyć ludzkimi pojęciami, rozległ się ponownie łopot skrzydeł ogromnych ptaków, opuszczających namiot czarownika. Odlatując nad głowami zebranych, pozostały jednak – tak jak przedtem, gdy przylatywały – niewidoczne dla oka.

Potem nastało milczenie, niesamowita cisza wyczerpania. Zdawało się, że cała przyroda musi głęboko odetchnąć, zanim wszystkie istoty powrócą do normalnego życia. Wreszcie ukazał się Utisz opuszczający pusty wapanon. Zdjął z głowy barwną chustę i począł ocierać pot z czoła. Sprawił wrażenie śmiertelnie zmęczonego i wyglądał tak nieprawdopodobnie staro, jak gdyby dźwigał na barkach ciężar kilku wieków. Namiot duchów stał na śniegu opuszczony. Z wolna i ojciec przybrał swą zwykłą postać. Z wielkim trudem powyciągał żerdzie namiotu i oparłszy jedne o drugie ustawił w stronę wschodzącego Słońca. Zgodnie z życzeniem duchów wszystkie części użyte do budowy, oprócz pokrycia z kory brzozowej, pozostawia się na zniszczenie pod gołym niebem; od momentu wschody Słońca nie może ich już nigdy dotknąć ludzka ręka.

(...) Po opisanej ceremonii utkwiło mi w pamięci jeszcze jedno szczególnie niesamowite wrażenie, gdy w kilka dni później młoda żona Pelkutagena zwróciła poszkodowanemu skradzione sidła: przywiozła je na saniach, zalewając się łzami, albowiem Pelkutagen, silny, zdrowy mężczyzna, nagle zmarł.

Wszystko, co zostało tu opisane, widzieliśmy i słyszeliśmy, siedząc pod gołym niebem na śniegu. Proszę się nie śmiać zbyt pochopnie. Oczywiście takich rzeczy nie ma; oczywiście były to zręczne sztuczki, wyuczone i wykonane z prawdziwą perfekcją. Ale nawet sceptyczny Europejczyk staje oniemiały wobec powagi, jaką okazują Indianie w takich sytuacjach, a nocą na śniegu pod sinoniebieskim niebem, pofałdowanym fioletowo zielonymi bruzdami zorzy polarnej, namiot czarów wygląda naprawdę niezwykle, gdy człowiek jest głodny i przemarznięty.

Komentarze