ADHD dzieci oraz podobne zaburzenia ich rodziców i opiekunów

Ostatni z komentarzy pod poprzednim moim postem spowodował, że postanowiłem umieścić tutaj fragment refleksji Alice Miller dotyczącej pracy/terapii z dziećmi "nadpobudliwymi psychoruchowo".

W terapii systemowej rodzin niepokój ruchowy dzieci jest postrzegany jako nieuświadomiony wyraz braku spokoju (wypierany/tłumiony niepokój) głównie rodziców i całego sytemu rodziny, który to objaw reprezentowany jest głównie przez dziecko, jako najmniej zahamowaną część systemu. A jednak nadal próbuje się rodziców przekonać, że to "dziecko" jest do leczenia i to farmakologicznego (!!!) lub opowiada się bajki o mutacjach genetycznych czy mikrouszkodzeniach mózgu... Pozornie może być to prawdziwe założenie, gdyż niewątpliwie 5 latek poniósł szkody w układzie nerwowym. Stało się to jednak nie od genów a od np. pogardy, braku poszanowania jego godności czy wymierzania klapsów w pierwszych 3 latach życia przez najbliższe mu osoby.
(Badania nad PTSD /zespołem stresu pourazowego/ wykazały, że w jądrze/ciele/ migdałowatym mieszczącym się w odpowiedzialnym za emocje układzie limbicznym, pod wpływem traumatycznego stresu budują się struktury /powiedzmy "włączniki"/, które w sytuacjach przypominających ów stres, bądź wręcz całkiem nieadekwatnych "włączają" reakcję, paniki, ataku, ucieczki lub np. zamrożenia /shell shock/)
Rodzice powinnni wiedzieć, że każde pobicie/klaps/uderzenie dziecka jest potencjalnym albo faktycznym inicjatorem zaistnienia PTSD.

AHA, co do "systemówki"! Ważna uwaga: tzw. "terapia systemowa rodzin" w wykonaniu niemieckiego lobbysty struktur paternalistycznych, pana Hell-ingera, nie ma NIC WSPÓLNEGO z terapią systemową rodzin o czym wielokrotnie komunikowały Stowarzyszenia psychoterapeutyczne w Niemczech i Europie.

Poniżej zamieszczam przykład w jaki sposób głęboka praca terapeutyczna matki nad własną traumą z dzieciństwa pomogła jej nadpobudliwemu dziecku. Jest to przykład interwencji na poziomie całego systemu rodziny. Jest to też przykład, jak matce udało się uratować córkę przed kontynuowaniem wieloletniego skryptu-wzorca, ciągnącego się z pokolenia na pokolenie.

Jeśli zatem nasze dziecko jest "nad-pobudliwe", to zastanówmy się jak ta "nadpobudliwość" dotyczy nas-rodziców. Gdzie i w jaki sposób ją tłumimy, a gdzie wyrażamy ją nie-wprost, nieświadomie w kaskadzie niewerbalnych, podwójnych sygnałów przechwytywanych i dopełnianych (dokańczanych) przez dziecko.

Znajdziemy w cytowanym fragmencie także przykład pracy z szerszym systemem jakim jest szkoła i środowisko edukacyjne składające się przecież z osób obciążonych traumą przemocy z wczesnego dzieciństwa w co najmniej takim samym procencie jak reszta społeczeństwa.

------------

" ... Podobnie dzieje się w terapii dzieci z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej. Jak można nauczyć takie dziecko prawidłowego funkcjonowania w rodzinie, jeżeli uważa się, że jego nadmierna ruchliwość jest na przykład uwarunkowana genetycznie lub też stanowi przejaw złego zachowania, którego należy dziecko bezwzględnie oduczyć? Jeżeli zamyka się oczy na prawdziwe przyczyny? Gdy jednak zdobędziemy się na to, by dostrzec, że takim dzieckiem powodują emocje, które mają swoje źródło w rzeczywistości, w jakiej ono żyje, że są one reakcją na zaniedbanie, krzywdę, brak bliskiego kontaktu i poczucia bezpieczeństwa, nie będziemy już widzieli w nim kogoś, kto bezsensownie szaleje. Zobaczymy w tym dziecku kogoś, kto cierpi i nie może poznać przyczyn swego cierpienia. Gdyby nam wolno było poznać te przyczyny, moglibyśmy pomóc tym dzieciom i nam samym. Być może my (a także one) w mniejszym stopniu obawiamy się naszych emocji  bólu, lęku czy wściekłości, niż świadomości tego, jaką krzywdę wyrządzili nam naprawdę nasi rodzice.
Aprobowane przez większość terapeutów (moralne) zobowiązanie, by bez względu na okoliczności nie obarczać winą rodziców za cierpienia ich dzieci, prowadzi do dobrowolnej ignorancji, utrudniającej lub nawet niekiedy uniemożliwiającej prawidłowe zdiagnozowanie przyczyn choroby, a co za tym idzie dobór skutecznych metod terapii.

Wyniki najnowszych badań nad mózgiem człowieka dowodzą, że brak dobrej i opartej na zaufaniu więzi dziecka z matką w pierwszych trzech latach życia pozostawia w jego mózgu trwały ślad i prowadzi do poważnych zaburzeń. Najwyższy czas, aby wiedzę tę zaczęto upowszechniać w ramach studiów i szkoleń dla psychoterapeutów. Być może spowodowałaby ona, że terapeuci zaczęliby sobie uświadamiać destrukcyjny wpływ ich tradycyjnego wychowania w duchu „czarnej pedagogiki” na przebieg prowadzonych przez nich terapii i próbowali go ograniczyć. To właśnie wpływ „czarnej pedagogiki” najczęściej nie pozwala ludziom zobaczyć postępowania rodziców w prawdziwym świetle. Także tradycyjna moralność, nakazy religijne i w nie mniejszym stopniu pewne teorie psychoanalityczne powodują, że nawet terapeuci pracujący z dziećmi wzbraniają się przed tym, by dostrzec i jednoznacznie określić odpowiedzialność rodziców za zaburzone zachowania ich dziecka. Z obawy, aby nie wpędzić ich w poczucie winy twierdzą, że mogłoby to przynieść dziecku szkodę.

Ja jednak jestem zupełnie odmiennego zdania. Prawda może przynieść wyzwolenie, jeżeli dziecku zapewnione zostanie odpowiednie wsparcie. Oczywiście psychoterapeuta nie jest w stanie zmienić rodziców „zaburzonego” dziecka. Jeżeli jednak przekaże im konieczną wiedzę, może się tym samym w znacznej mierze przyczynić do poprawy ich relacji z dzieckiem. Może im na przykład uświadomić żywotne znaczenie bliskiego kontaktu dla rozwoju dziecka i nauczyć ich, jak taki kontakt utrzymać. Bardzo często zdarza się, że rodzice odmawiają dziecku bliskości nie ze złej woli, lecz dlatego, że sami nie doświadczyli jej w dzieciństwie i po prostu nie wiedzą, że coś takiego jest możliwe. Mogą się nauczyć bliskiego kontaktu z dzieckiem, pod warunkiem, że ono już się ich nie boi, to znaczy, jeżeli terapeuta staje się dla dziecka świadomym, empatycznym świadkiem, opowiada się jednoznacznie po jego stronie i udziela mu wszelkiego rodzaju wsparcia. Tak zachować się może jednak tylko wówczas, gdy sam zdołał się już uwolnić spod wpływu „czarnej pedagogiki”.

Wspierane przez takiego psychoterapeutę dziecko z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej lub cierpiące z innego powodu może nauczyć się odczuwać swój niepokój, zamiast go po prostu odreagowywać. Może nauczyć się komunikować rodzicom swoje uczucia, zamiast się ich obawiać i je odszczepiać. W ten sposób rodzice mogą nauczyć się od dziecka, że świadomość własnych uczuć nie pociąga za sobą żadnej katastrofy, wprost przeciwnie czyni człowieka silniejszym i umożliwia budowanie dobrych relacji, opartych na obustronnym zaufaniu.

Znam pewną matkę, która właściwie własnemu dziecku zawdzięcza to, iż udało jej się w końcu uwolnić od destrukcyjnej więzi z własnymi rodzicami. Przez wiele lat poddawała się terapii, która w zasadzie nie dawała żadnych pozytywnych rezultatów. Cały czas próbowała dostrzegać dobre strony swych rodziców, przez których jako dziecko była strasznie maltretowana. Jej mała córeczka była dzieckiem nadpobudliwym ruchowo i bardzo agresywnym. Od urodzenia była pod stałą kontrolą lekarzy. Przez kilka lat sytuacja nie uległa zmianie. Matka chodziła z córeczką regularnie do lekarki, aplikowała jej zapisane leki, sama zaś uczęszczała na terapię i nie ustawała w wysiłkach, by usprawiedliwiać zachowanie swoich rodziców. Była przeświadczona o tym, że głównym jej problemem jest zachowanie dziecka, a nie doświadczenia z własnego dzieciństwa. Po pewnym czasie zdecydowała się jednak na zmianę terapeuty. Pewnego dnia w czasie sesji terapeutycznej coś w niej wreszcie pękło. Do głosu doszła z wielką siłą cała jej wściekłość na rodziców, którą tłumiła w sobie od trzydziestu lat. I wtedy zdarzył się cud, który właściwie żadnym cudem nie był. W ciągu kilku dni jej córeczka zaczęła się spokojnie bawić, zamiast biegać w kółko i stała się w ogóle o wiele spokojniejsza. Zaczęła stawiać matce różne pytania, a ona jej cierpliwie na nie odpowiadała. Było to tak, jak gdyby matka wynurzyła się z gęstej mgły i dopiero teraz naprawdę dostrzegła swoje dziecko. A dziecko, które nie jest wykorzystywane przez matkę do projekcji jej własnych emocji, może się spokojnie bawić, bo nie czuje w sobie niepokoju, który zmusza je do stałego bezładnego ruchu. Nie musi już ratować swej matki, co jest dla niego zadaniem ponad siły. Nie musi też pomagać matce za pośrednictwem własnych „zaburzeń” w odkrywaniu jej autentycznej historii.

Autentyczny, bliski kontakt opiera się na faktach i umożliwia swobodne komunikowanie własnych myśli i uczuć. Pozorny kontakt natomiast opiera się na fałszowaniu faktów i obwinianiu innych za własne niepożądane emocje, których adresatem są w gruncie rzeczy uwewnętrznieni rodzice z dzieciństwa. Jego celem jest w zasadzie manipulowanie drugim człowiekiem. „Czarna pedagogika” zna wyłącznie taki rodzaj kontaktu. Do niedawna model ten był wszechobecny. Dziś już można jednak spotkać coraz więcej wyjątków, jak choćby przykład, który opisuję poniżej.

Siedmioletnia Marysia powiedziała do matki, że więcej już do szkoły nie pójdzie, bo nauczycielka ją biła. Jej matka Flora była zrozpaczona, bo w żadnym razie nie chciała siłą zmuszać dziecka do chodzenia do szkoły. Sama nigdy małej nie uderzyła. Poszła więc do nauczycielki, przedstawiła jej fakty i poprosiła ją, żeby dziecko przeprosiła. Nauczycielka zareagowała oburzeniem. Dlaczego miałaby niby dziecko przepraszać? Uważała, że mała Marysia całkowicie zasłużyła sobie na to, by ją uderzyć, bo nie chciała słuchać, kiedy do niej mówiła. Flora odpowiedziała spokojnie: „Dziecko, które nie chce pani słuchać, zachowuje się tak być może dlatego, że boi się pani głosu albo wyrazu twarzy. Kiedy pani je bije, boi się jeszcze więcej. Zamiast bić, powinna pani z dzieckiem porozmawiać, starać się zdobyć jego zaufanie i w ten sposób złagodzić strach i napięcie.”

Wtedy w oczach nauczycielki pojawiły się łzy. Opadła na krzesło i powiedziała cicho: „Ja jako dziecko nie znałam niczego innego niż bicie. Nikt ze mną nie rozmawiał. Jeszcze dzisiaj słyszę krzyk mojej matki: ‘Nie wiem co ci zrobię, jak mnie nie będziesz słuchać!’”

Słowa nauczycielki wzruszyły Florę. Przyszła do szkoły z zamiarem poinformowania nauczycielki, że czuje się zmuszona do złożenia na nią skargi, bo bicie dzieci w szkole jest od dawna zabronione. Teraz zobaczyła jednak przed sobą prawdziwego, cierpiącego człowieka, z którym mogła się porozumieć. W końcu obie kobiety zaczęły się zastanawiać, co można zrobić, aby mała Marysia nabrała zaufania do swej nauczycielki. Teraz kobieta sama zaproponowała, że przeprosi dziecko i tak też zrobiła. Wytłumaczyła małej, że nie musi się już więcej bać, bo bicie dzieci w szkole jest zabronione, a ona sama zrobiła coś, czego jej robić nie wolno. Jeśli nauczyciel uderzy dziecko w szkole, to ma ono prawo do złożenia skargi, bo także nauczycielom zdarza się popełniać błędy.

Odtąd Marysia zaczęła chodzić chętnie do szkoły. Polubiła nawet tę nauczycielkę, która miała w sobie tyle odwagi, aby przyznać się przed nią do błędu. To dziecko z pewnością zapamięta, że emocje dorosłych nie zależą od zachowania dzieci, lecz od ich własnej historii. Że kiedy zachowanie i bezbronność dzieci budzą w dorosłych silne emocje, one nie muszą się czuć za to odpowiedzialne, nawet jeśli dorośli próbują je za to obarczyć winą („zbiłem cię, bo ty…”).

Dziecko, które ma takie doświadczenia jak Marysia, nie pozwoli obarczyć się odpowiedzialnością za emocje innych, tak jak czyni to wielu ludzi. Będzie wiedziało, że odpowiada jedynie za swoje własne emocje. "

Alice Miller w książce "BUNT CIAŁA" .

Komentarze