wtorek, 15 września 2009

MEDYTACJA KU WOLNOŚCI

Inny rodzaj medytacji
Na całym świecie, prawdopodobnie od zarania ludzkości ludzie zastanawiają się nad sensem istnienia lub choćby nad tym skąd biorą się ich problemy czy trudności. To właśnie z takich refleksji, poszukiwań, zadawanych pytań powstały różne metody pracy nad sobą polegające na śledzeniu tego, co się dzieje w naszym wnętrzu. Na przestrzeni wieków powstawały przeróżne techniki i metody medytacji, które okazywały się bardzo przydatne w rozwiązywaniu trudności i dawały odpowiedzi na niektóre pytania. Pod koniec dwudziestego wieku mieliśmy okazję poznania wielkiego bogactwa technik medytacyjnych, które przyszły do nas ze wschodu. Odkryto również „na nowo” wiele zapomnianych sposobów medytacji od wieków wykorzystywanych na terenie Europy. 
rys. Alchemiczna fontanna (źródło) życia.
Same techniki medytacyjne można podzielić na kilka grup w zależności od tego jakie zmysły są przede wszystkim wykorzystywane w danej metodzie. Bardzo dużo sposobów medytacji skupia uwagę na odczuciach płynących z ciała. Na tym polega hatha joga, pranajama czyli koncentracja na oddechu, liczenie oddechów, niektóre rodzaje masażu, akupresury, metody relaksacyjne, biologiczne sprzężenie zwrotne, czy trening autogenny Schultza. Jeśli najważniejszą rolę w medytacji odgrywa zmysł wzroku, to wówczas technikami medytacji stają się przeróżne odmiany wizualizacji, patrzenie w jeden punkt lub rozmywanie wzroku w przestrzeni, rysowanie i kontemplacja mandali, lub zajmowanie się snami, wizjami oraz interpretacja przekazywanych tą drogą symboli. Dla zmysłu słuchu medytacją może być rytmiczne bębnienie szczególnie w pewnych określonych, szamańskich rytmach pochodzących z bardzo odległych czasów. Podobnie działa na nasz umysł mantrowanie czyli powtarzanie pewnych fraz lub długich modlitw, a także długotrwałe śpiewy indywidualne oraz chóralne. Wsłuchiwanie się w wewnętrzne dialogi, jeśli korzystamy z nich w świadomy sposób jest również bardzo silną metodą pracy wewnętrznej. Kiedy potraktujemy ruch naszego ciała jako medytację, to okaże się, że zmieści się w tej grupie nie tylko Tai Chi, Chi Kung, medytacyjne, uważne chodzenie w stylu Zen czy niektóre sporty walki, ale także wirowanie derwiszów, ruch autentyczny czy nawet poranne przeciąganie się! Dla wielu osób medytacją bywa relacja z bliskimi osobami, tutaj bardzo popularna jest hinduska tantra, siddha joga, taoistyczna alchemia seksualna. Czasem medytacją może być nawet wspólny taniec taki jak tango. Warto do tego dodać zjawiska występujące w świecie, kiedy szczególnie się na nich koncentrujemy. Jest to typowe dla wszystkich kultur plemiennych, gdzie jeszcze żyją szamani. Tutaj ważna jest samotna wyprawa na pustkowie, w góry lub do lasu. Świat poprzez intuicyjne objawienie lub wizję przekazuje informacje i wiedzę osobie medytującej i przebywającej w łonie Matki Ziemi
Można w tym miejscu zastanowić nad tym, dlaczego powstało tak wiele, różnorodnych metod medytacji i dlaczego tak bardzo różnią się one od siebie, choć w efekcie mają prowadzić do podobnych rezultatów. Czy nie istnieje jeden skuteczny sposób medytacji? W dodatkowe zakłopotanie może wpędzić nas fakt, że wielu nauczycieli i mistrzów z różnych tradycji uważa, że ich metoda jest najwłaściwsza.
Wydaje się, że tak wiele technik powstało dlatego, żeby oddziaływać na wszystkie nasze zmysły, żebyśmy mogli jak najwszechstronniej rozwijać się , a także dlatego, że różnimy się od siebie; każdy człowiek posiada inne zdolności. Jedna osoba może być dobra w malowaniu, inna w śpiewaniu a jeszcze inna w tańcu. Sposoby medytacji powinny być dobierane najpierw do naszych wrodzonych zdolności a dopiero potem w celu rozwinięcia cech i zmysłów, które domagają się naszej uwagi, a z których rzadko korzystamy na co dzień.
Jednak poza wszystkimi technikami i sposobami medytacji najważniejsze jest samo podejście do wykonywanych przez nas nawet najzwyklejszych czynności. Jeśli mamy odpowiednią postawę to wszystko może stać się medytacja. Znam mistrzynię Zen, która ma czworo dzieci. Kiedyś zapytałem ją kiedy znalazła czas żeby medytować, odpowiedziała, że uważne wychowywanie dzieci to była właśnie główna część jej medytacji. Inna wielka mistrzyni buddyjska z Indii Dipa Ma, poradziła kiedyś młodej kobiecie, która właśnie urodziła dziecko, żeby karmienie niemowlęcia stało się jej główną medytacją, aby skupiła się tylko na tym zajęciu ze stuprocentową uwagą oraz energią. Karmiąca, niepiśmienna kobieta zaczęła postępować w ten sposób i osiągnęła wielki postęp nie tylko w medytacji, ale także w rozumieniu buddyjskich nauk.
Okazuje się, że dość często wskazane jest odejście od jakiegoś przepisu czy wskazówek udzielonych przez mistrza lub wielowiekowej tradycji właśnie po to, żeby odnaleźć indywidualną, najwłaściwszą drogę. Kiedy zaczniemy docierać do własnych sposobów medytacji, to może się okazać, że choć wydają się one przeciwstawiać większości zasad stosowanych w tradycyjnych szkołach, to dla medytującej osoby są w danej chwili najlepsze.
Niektóre typowe i szeroko stosowane zalecenia dla adeptek oraz adeptów medytacji i rozwoju wewnętrznego mogą okazać się nawet szkodliwe dla zdrowia. Na przykład większość psychologów oraz nauczycieli jogi kładzie nacisk na rozluźnienie, masaż i relaks w sytuacji, gdy jesteśmy zbyt napięte/ci i od tego napięcia bolą nas mięśnie karku. Jednak nie zawsze jest to to właściwe postępowanie. Przy takim podejściu zapomina się o tym, że napięcie, które gromadzi się w karku może być ważne, a rozluźniając się nigdy nie dowiemy się dlaczego i w jakim celu nasze ciało wytworzyło napięcie właśnie w taki sposób i w tym miejscu. W psychologii tę metodę radzenia sobie z problemami i napięciami nazywa się często wypieraniem napięć.
W książce „O pracy nad samym sobą” psychoterapeuta Arnold Mindell pisze o tym, że w ciągu długich lat pracy z osobami chorymi na nowotwory zauważył, że właśnie wypieranie napięć mięśniowych często poprzedzało zachorowania na różnego rodzaju nowotwory. Tak jakby powierzchniowe napięcia mięśni schodziły wgłąb ciała i lokalizowały się w narządach wewnętrznych. Napięcia same z siebie nie znikają i bardzo często najlepszym sposobem pozbycia się ich na stałe jest działanie odwrotne, czyli chwilowe wzmocnienie tych napięć.
 
Pamiętam jak pracowałem kiedyś z pewną panią, która chronicznie napinała mięśnie karku oraz ramion i cierpiała na skurcze boleśnie unieruchamiające jej szyję. Praktycznie co trzy dni odwiedzała masażystę, ale zabiegi niewiele pomagały. Zdesperowana kobieta, gdy nic już nie pomagało, trafiła w końcu do mnie na terapię, a ja słuchając historii jej choroby pomyślałem, że skoro na nic nie zdały się masaże czy inne zabiegi fizjoterapeutyczne, to zapewne skupienie się na napięciu a nawet jego powiększenie może w przypadku tej pani okazać się najskuteczniejsze.
rys.: alchemiczny Duch Merkuriusz rezydujący w ciele i kierujący wewnętrznymi energiami
Zaproponowałem zatem, żeby zamiast rozluźniać się, jeszcze bardziej zwiększyła napięcie w okolicy szyi. Kobieta doskonale wiedziała jak to zrobić i po chwili prawie całkowicie schowała głowę pomiędzy ramionami. Zdumiewające, że potrafiła trwać w bardzo nietypowej postawie przez co najmniej dziesięć minut praktycznie bez poruszenia, a ja wyłącznie lekkimi dotknięciami oraz nielicznymi słowami zachęty pomagałem jej jak najgłębiej wejść w bardzo głębokie i wyjątkowe doświadczenie. Znalazła się w głęboko medytacyjnym stanie, choć nigdy w życiu nie praktykowała żadnej medytacji. Nagle jakby otrząsnęła się i krzyknęła z triumfem: „Już wiem! To była medytacja drapieżnego ptaka – napięcie w karku i w górze ramion jest jak wielka, uwięziona moc skrzydeł, które gwałtownie pragną się rozprostować. Od tej chwili będę latać jak sokół, wypatrywać łupu i błyskawicznie po niego sięgać.” Porozmawialiśmy jeszcze o tym, gdzie w jej życiu najbardziej potrzebna jest postawa drapieżnego sokoła, co jej nie pozwalało wcześniej tego robić oraz o tym co może zagrażać tej nowej postawie i jak najskuteczniej wprowadzać ją w życie, po czym opuściła mój gabinet i dopiero po dwóch latach przypadkowo spotkaliśmy się u wspólnych znajomych.
Jak tam bóle szyi? – zapytałem. Jakie bóle? - odpowiedziała trochę żartem a trochę z zaskoczeniem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że jej spontaniczna medytacja, w której wystąpiła postać zrywającego się do lotu sokoła było dokładnie tym, czego najbardziej potrzebowała w tamtym czasie w swoim życiu. Nie wchodząc w dalsze szczegóły dodam, że kobieta cierpiąca na bóle karku nie tylko rozwinęła skrzydła w swoim życiu, ale również zapomniała co to jest ból szyi.
Jeśli chcesz spróbować najbardziej naturalnej medytacji, która wypływa z twoich własnych potrzeb, a nie z usłyszanych instrukcji, to poszukaj spokojnego miejsca i nie spiesząc się zwróć uwagę na to jak oddychasz, policz kilka razy oddechy od jednego do dziesięciu a potem zadaj sobie pytanie: co takiego dostrzegam, czego jeszcze przed chwilką nie zauważałam/em? Czy coś szczególnego widzę, słyszę albo czuję? Następnie skoncentruj się na najsilniejszym albo najbardziej nieznanym doznaniu lub spostrzeżeniu. Wzmocnij to doświadczenie, aby jeszcze lepiej je poczuć, widzieć lub słyszeć. Jeśli coś widzisz, to zobacz bardziej, wyraźniej, dokładniej, dodaj brakujące szczegóły. Jeśli coś słyszysz, to posłuchaj uważnie co to za dźwięki lub głosy, o czym mówią, kto w twoim wnętrzu mówi albo śpiewa, itd. jeśli coś czujesz, to zbadaj czego doświadcza twoje ciało; bólu, rozkoszy, nieznanych odczuć, stłumionych uczuć? Wzmocnij to co czujesz. Możesz skupić się na jednym obszarze ciała, ale możesz także rozprzestrzenić swe doznanie na całe ciało i otaczający cię świat.
Następnie spróbuj zobaczyć to, co czujesz, usłyszeć to, co widzisz, poczuć to, co słyszysz i tak dalej. Początkowo może to być trudne, bo wymaga twórczego podejścia. Na przykład odczuwane w ciele pieczenie może stać się widzianym ogniem, który wydaje dźwięk podobny huczącego ogniska.
Zadaj sobie pytanie: dla kogo są te wszystkie doświadczenia? Kto je przeżywa? Po co to wszytko pojawia się i w jakim celu? Kiedy już uzyskasz odpowiedzi, to możesz zastanowić się, czy i w jakim obszarze życia można wykorzystać informacje, które właśnie do ciebie dotarły ...

niedziela, 6 września 2009

Szamańska praca z nałogiem palenia papierosów

Szamańska praca z nałogiem palenia papierosów
czyli

o tym jakie skarby może ukrywać dym z papierosa...

Poniższy tekst, to opis mojej pracy z paleniem, dokładnie sprzed 5 lat (lato 2002), kiedy zaczynałem odkrywać i tworzyć swoją metodę pracy z nałogiem palenia, znaną obecnie pod nazwą "Smoke Sense" (Sens Palenia). Postanowiłem się nim podzielić, ponieważ zauważyłem w nim głęboko szamańskie aspekty, a ponadto chciałem ujawnić jak z punktu widzenia biografii danego człowieka wiele ważnych treści kryje się w paleniu. Pracując z klientami z nałogiem palenia metodą "Smoke Sense" staramy się włączać te treści w życie zamiast - jak to ma powszechnie miejsce w innych metodach - wyrzucać je "na śmietnik". Dzięki temu człowiek, który myślał, że przez wiele lat bez sensu zatruwał sobie i innym życie wie, że wcale nie było to tak całkiem bez sensu - co zazwyczaj radykalnie poprawia poczucie własnej wartości i sprawia, że palenie przestaje być dłużej potrzebne...

Opisane poniżej doświadczenia i podejście wynikają z paradygmatu łączącego szamanizm, taoizm i osiągnięcia psychologii zorientowanej na proces. Tylko szamańska podróż do wnętrza konkretnego doświadczenia może objawić jego znaczenie. Na swój sposób jest to rodzaj Vision Quest'u, a to oznacza, że nałóg palenia jest potrzebny nie tylko danej osobie ale nawet i światu! Nałóg palenia i samo palenie są jednak wyłącznie znakiem, drogowskazem albo wierzchołkiem góry lodowej będącej prawdziwym potencjałem uzależnionej osoby. Ten potencjał mówi o micie czy też o legendzie życia. O bardzo ważnym wieloletnim procesie rozwojowym danej osoby.
Ludzie palą papierosy głównie dlatego, że nie wiedzą jak odkrywać ten potencjał i jak z niego korzystać w codziennym życiu. Nie znają metody i sposobu. Są w subtelnym kontakcie ze znakami, przejawami Śnienia ukrytego za paleniem, ale nie wiedzą dokąd te znaki wiodą i co oznaczają... Odkrycie sensu oraz znaczenia palenia, pozwala bezproblemowo przekształcać je w kreatywne oraz pożyteczne działania i zachowania. Co więcej, takie odkrycie pozwala trafniej i pewniej podążać swoją wyjątkową drogą...


Czas i mejsce akcji: oddalona od najbliższych zabudowań o 4 - 5 km samotna chata w górach pod lasem nad wsią Wiśniowa woj. Małopolskie, 01.08.2002 r. Dziesiąty dzień samotnego pobytu.

Z lekką zgrozą i poważnym niepokojem, w czwartkowy poranek zauważyłem, że wyczerpały się wszelkie zapasy papierosów - włącznie z dłuższymi petami w popielniczce czy popielniku pieca ... Medytacyjna świadomość pracy nad sobą pozwoliła mi na zreflektowanie, że być może jest to właściwy znak i sygnał do pracy nad nałogiem :)

O moim paleniu wówczas (rok 2002): staż palacza to 20 lat. Od ponad 15 regularnie jedną paczkę dziennie - raczej tych "mocniejszych". Jakieś 6 lat wcześniej (1996) miałem dłuższą przerwę ok 4-5 mcy niepalenia (krótszych, kilkudniowych przerw nie liczę). Było to podczas letniej, 28 dniowej głodówki, gdy w 10 dniu głodówki przestałem palić. Niepalenie było wówczas stosunkowo łatwe a główna motywacja wynikała z "buntu" przeciw absurdalnej sytuacji, w której nie dość, że niszczę swoje zdrowie, to na dodatek wypłacam ciężko zarobione pieniądze firmom tytoniowym i rządowi (akcyza).

Ale po kilku miesiącach zacząłem popalać sobie jednego papierosa wieczorem dla "relaksu", "smaku", "dymu" i "nagrody" jako ukoronowanie i zwieńczenie dnia ... Nie trzeba dodawać, że wkrótce 1 papieros zamienił się w 2, 2 w 3 i nagle, po kilkunastu dniach zauważyłem, że palę 10 dziennie! Jak widać, nawet dobra motywacja, bez odkrycia sensu i znaczenia stojącego za paleniem, nie wystarcza.

Trzeba dodać, że po tym doświadczeniu wielokrotnie robiłem kolejne głodówki, poszukiwania wizji, czy odosobnienia medytacyjne podczas których paliłem znacznie mniej, ale nawet 14 dniowa głodówka nie zniosła głodu nikotyny i chęć i palenia !!!

Moja pierwsza sesja odnajdywania sensu palenia zaczęła się w południe, pierwszego sierpnia 2002 r. Około godziny 11, kiedy poczułem silną potrzebę zapalenia, spróbowałem "palić" bez papierosa. Robi się to w taki sposób, że z maksymalnie wyostrzoną świadomością udajesz, że palisz i badasz oraz rejestrujesz wszelkie pojawiające się wrażenia i doświadczenia.

W tym "paleniu bez palenia" najważniejsze dla mnie w tamtej chwili było głębokie westchnięcie. Skupiłem się na tym zjawisku i zacząłem wzmacniać to, co nazwałem westchnięciem. Z ugiętymi kolanami położyłem się na podłodze na plecach i całkowicie skupiłem się na odczuciu ekspansji w obszarze brzucha oraz klatki piersiowej. W tamtej chwili brzuch wydawał mi się o wiele ważniejszy od klatki piersiowej. W brzuchu, a szczególnie w jego wypychaniu, ekspansji ukrywało się bardzo dużo energii. Równocześnie odczuwałem od wewnątrz bardzo dużą przyjemność, rodzaj głaskania wewnętrznych warstw powłok brzusznych. Z każdym wdechem miałem także wrażenie wypełniania się dymem od wewnątrz zarówno w obszarze brzucha jak i klatki piersiowej.

Spróbowałem wzmocnić ruch rozszerzania się brzucha. Starałem się uczynić brzuch coraz większym, tak jakbym pompował balon. Zajęło to trochę czasu. Nagle wypuściłem powietrze z "balona" nieświadomie wydając odgłos AAAAAAAHHHHHHH! Skoczyłem na cztery "nogi" i w jednej chwili przekształciłem się w lwa! Lew, a raczej lwica (bo bez grzywy) bardzo głośno i dosyć długo potężnie ryczała na wszystkie strony świata ogłaszając wszem i wobec o swojej obecności.

Wraz z wydawaniem ryku pojawiło się bardzo dużo ziewania, szerokiego "lwiego" otwierania ust. Z "paszczy" wyciekały mi duże ilości śliny a z oczu płynęły łzy (jednak bez płaczu), które kapały na podłogę. Po jakimś czasie (straciłem kontrolę czasu) nadeszła refleksja ...

Całość opisanego procesu - pracy zajęła 45 minut.

Później spokojnie usiadłem i zacząłem myśleć o moich różnych kreatywnych projektach artystycznych, które udało mi się stworzyć, kiedy byłem na studiach. Chodziło głównie o teatr, poezję i śpiew.

Zrozumiałem w jaki sposób wyrażać twórczą ekspresję w obecności innych osób i jak dzięki tego rodzaju działaniom można zachęcać inne osoby do realizacji ich kreatywnego potencjału. Odkryłem, że w codziennym życiu mógłbym swoim przykładem stanowić model takiego zachowania dla innych. Po całym opisanym procesie oraz wglądzie nie miałem najmniejszej ochoty zapalić papierosa...

Analizując opisane zdarzenie muszę dodać, że głębokie westchnięcie od którego wszystko się zaczęło znam od wczesnego dzieciństwa, od czasów gdy jeszcze nawet nie myślałem o paleniu papierosów! W dzieciństwie, gdy miałem 7 - 8 lat byłem nawet pytany, czy moje częste, głębokie westchnięcia, "łapanie powietrza", nie są objawami astmy. Starałem się wówczas wdychać mocno tak jakbym nie mógł "złapać" powietrza lub jakby nie udawało mi się wypełnić płuc.

Z dzisiejszej perspektywy widzę, że już w dzieciństwie potrzebowałem więcej powietrza i przestrzeni. Potrzebowałem też bardziej treściwego "wypełnienia" od wewnątrz. Ponadto muszę dodać, że PRZESTRZEŃ jest elementem, który bardzo, bardzo kocham. Bez niej umarłbym, tak jak w zamknięci w ciasnych więzieniach umierają Aborygeni.

Jednak tym razem nie podążałem za wspomnieniami z dzieciństwa, tylko za mądrością ukrytą w ciele. W pewnym stopniu była to intuicyjna praca na wzór W. Reicha, spontaniczna i bardzo energiczna sesja bioenergetyczna z oddechem, ruchem i swobodną, nieograniczoną ekspresją ciała. Wszystkie symptomy jak: ziewanie, obfite wydzielanie śliny, czy łez wskazywały na fakt, że energie ciała zostały mocno pobudzone. Zasób energii wewnętrznej wzrastał z każdym wdechem i wzmacnianiem "ekspansji". Po maksymalnym wzmocnieniu, niespodziewanie pojawił się dźwięk aaaaahhhhh, a zaraz po nim wizja lwicy!

Dopiero dłuższy okres bycia "lwicą" pozwolił zaznajomić się z tą potężną energią, zintegrować ją i w końcu przekształcić we wgląd, który był bardzo użyteczny oraz konieczny w codziennym życiu.

Druga sesja pierwotnej wersji metody "Smoke Sense"

Tego samego dnia, około godziny 22 poczułem silny i nagły przymus oraz chęć zapalenia. Tym razem postanowiłem skupić się na doświadczeniu i zjawisku pragnienia palenia zamiast ponownie udawać, że palę papierosa bez papierosa.

Kiedy zadałem sobie pytanie: skąd wiem, że chę zapalić papierosa, odpowiedzią była ponownie potrzeba wzięcia silnego wdechu. Postanowiłem podążyć za tą potrzebą i wdychać głęboko, ale tym razem od razu zaczynając od pozycji "lwa" na czworakach. Znowu otworzyłem usta najszerzej jak tylko potrafiłem, znów pojawiło się nieopanowane ziewanie, z oczu popłynęły łzy, a z ust na podłogę obficie ciekła mi ślina.

Nagle, zupełnie niespodziewanie przypomniał mi się cały sen. Było to jak "zalew" lub wlew ciągu obrazów do świadomości, tak dokładnych, że przez chwilę byłem znów we śnie tak samo jak śni i śpi się w łóżku.

Natychmiast przypomniałem sobie, że lwica, którą się właśnie stawałem (a także ta z porannej sesji) obecna była również w jednym z moich snów sprzed 3 lat !!! Był to jeden z potężnych, zapamiętanych na długo (lub na zawsze) archetypowych snów, gdzie występowały niedźwiedzie, otoczone murami w kształcie koła średniowieczne miasto, zielone łąki, biała urwista wysoka skalna ściana z jaskinią. W tym śnie wychodziłem z miasta i starałem się uniknąć grupy niedźwiedzi biegnących po zielonych łąkach w stronę skalnej ściany. Unikając niedźwiedzi musiałem schować się do jaskini znajdującej się w tej skale. Wydarapałem się wysoko na półkę skalną i wówczas zobaczyłem, że do mojej jaskini weszła LWICA. Starałem się wyjść jeszcze wyżej w stronę otworu dającego światło, ale lwica wspięła się na tylne łapy i złapała mnie za stopę ciągnąc w dół. Tym razem (tj. podczas 2 sesji "Smoke Sense") postanowiłem zmienić role i stać się lwicą ze snu. Będąc lwicą ściągnąłem Roberta na dół, na ziemię! Kiedy zadałem lwicy pytanie, dlaczego tak ciągnie Roberta, odpowiedziała, że Robert powinien zejść na ziemię i zacząć realizować twórcze, projekty o dużej skali, związane z obszarem pracy z dużymi grupami osób i problemami społecznymi.

Ciekawe, że kiedy nadal głęboko oddychałem maksymalnie "rozszerzając brzuch", na wdechu poczułem jak ostatnie dolne "wolne" żebra z tyłu i po bokach sprawiają mi przeszywający ból. Pomyślałem sobie, że kobiety podczas ostantnich miesięcy ciąży mogą także odczuwać podobny ból. Ta praca z "głodem tytoniu" przekształciła pragnienie i wyzwoliła bardzo dużo twórczej energii. Jednak nie miałem jeszcze dosyć (po 5 latach myślę, że chyba dlatego, iż "ściągnięcie" na ziemię przez lwicę nie zostało dość dobrze rozpoznane) i postanowiłem dowiedzieć się, jaki pojawia się stan umysłu w zetknięciu z dymem tytoniowym. Tym razem dotarłem do tego stanu udając, że palę papierosa.

Stan umysłu jaki zawsze chciałem osiągnąć i dostąpić, gdy paliłem (choć przy pomocy papierosa zawsze jest to tylko marna namiastka!) cechował się klarownością, koncentracją, skupieniem, ugruntowaniem, pewnością siebie oraz asertywnością. (Czyż to nie zaskakujące? A może raczej OCZYWISTE? To było właśnie "zejście na ziemię" i "ugruntowanie", jakiego żądała ode mnie ściągająca mnie na dół lwica ze snu!) Był w tym obecny b. mocny kontakt z grawitacyjnym centrum ciała jakim jest punkt dan-tien (jap. hara) - kilka centymetrów poniżej pępka i wgłąb brzucha. Z gracją i zaskakującą mnie samego łatwością mogłem zacząć wykonywać ruchy, szybkie kroki i obroty całego ciała znane mi z AiKiDo. Zacząłem wykonywać ruchy aikido, coraz szybciej, aż nie przekształciło się to w długotrwałe wirowanie derwiszów Sufi, ale z bardzo mocnym wyczuciem własnej, centralnej osi wirowania, z dobrze ugruntowanymi stopami i generalnym zakorzenieniem w podłożu.

Po około 15 minutach wirowania zacząłem tańczyć na wzór Indian Ameryki Północnej, w postawie "ptaka" (ręce rozłożone + wyobrażony pióropusz na wypiętej pupie) kręcąc się już wolniej wokół własnej osi, ale dodając do tego ruch po okręgu - jakby krążąc dookoła ogniska.

W tym, "indiańskim" tańcu w dół i w górę mojego kręgosłupa - pleców zaczęły płynąć mocne energie, dające wrażenie podobne do ciarek bądź mrowienia sunącego po plecach. Tańczyłem dalej, aż po jakimś czasie zaczęly do mnie docierać różnorakie lęki, strachy i halucynacje w formie wzrokowej.

Za oknem, w czarnej nocy (chata jest faktycznie w górach pod samym lasem, z dala od innych domostw) widziałem między innymi: głodnego niedźwiedzia, watahę wilków chorych na wściekliznę, bandytów i rezunów z siekierami i kosami na sztorc oraz zwykłych podglądaczy (w oknach nie było firanek czy zasłon :) ) Każda z kolejno pojawiających się postaci wprowadzała mnie w silny strach, co w aspekcie fizycznym powodowało zalew płynących po plecach ciarek i jeżenie się włosów na karku. Jednocześnie byłem w stanie zauważyć, że te doznania w plecach i karku miały tę samą jakość, jaką miał wcześniejszy przepływ energii wzdłuż kręgosłupa.

Nagle, ani na chwilę nie przerywając tańca "Orła" zrozumiałem, że utrzymując świadomy kontakt ze swoim "centrum" poniżej pępka i będąc dobrze ugruntowanym stopami, jak sobie tego życzyła lwica, wszelkie lęki transformują się w doświadczany wcześniej ożywczy przepływ energii odczuwany w plecach, co daje taką samą radość, jak jazda rollercoasterem w Disneylandzie! To po prostu energia. Wówczas serdecznie zaprosiłem wszelkie moje lęki, aby przybyły jeszcze chętniej i liczniej, po czym na krótko stałem się każdym z nich; głodnym niedźwiedziem, wściekłymi wilkami, mordercami i bandytami z siekierami, a nawet wioskowym podglądaczem! Cóż za piękny widok i jakiebogactwo postaci! Po jakimś czasie zorientowałem się, że jest to swoista wersja rytuału czie, odkrytego w XI w w Tybecie przez Maczig Labtron.

Po zaproszeniu wszystkich strachów i duchów, po odtańczeniu i odegraniu ich postaci zrozumiałem, że za moim paleniem stoi doskonale ugruntowana i bardzo asertywna jakość odpowiadająca obrazowi starego wodza któregoś z północnoamerykańskich plemion. Ta jakość wywodzi swą moc z ziemi, z gruntu. Jest to kontakt dynamiczny a zarazem dobrze wyważony, jak poruszanie się aikidoki, który ani na chwilę nie traci kontaktu stóp z podłożem. To obraz Twórcy Snów i być może ważny aspekt Jaźni. Każda chęć i próba zapalenia papierosa jest i była zatem próbą ugruntowania się i stawania się bardziej asertywnym. Była także próbą pozwolenia na swobodny przepływ energii ze Źródła i z Ziemi. Ponadto jakość czy cecha przypominająca indiańskiego wodza miała w sobie coś z głęboko demokratycznego starszeństwa pozwalającego na nieskrępowane i swobodne istnienie bardzo wielu, różnorodnych postaci.

Po tym wszystkim znalazłem się już na takim etapie, że byłem gotów do ostatniej "szamańskiej" podróży: do źródeł mojego nałogu. Tym razem postanowiłem skupić się na trudno wyczuwalnej, subtelnej, poczuciowej, niedualnej tendencji obecnej w moim uzależnieniu jeszcze zanim zostało nazwane to chęcią zapalenia czy nałogiem.

Nowe doświadczenie zaczęło się (lub kontynuowało się) od ruchów Aikido, które jednak szybko przekształciły się w ruchy znane z Karate(praktyka Kata - formalnych powtórzeń pewnej sekwencji ruchów): specjalny "zaokrąglony" sposób chodzenia, plus kopanie i boksowanie powietrza z towarzyszącym im głośnym okrzykiem. Udało mi się dotrzeć do stanu umysłu "karateki". Był to twardziel, nie obawiający się żadnych wyzwań, trudów czy potyczek [czy niekojarzy się to wam z postacią kowboy'a z reklam Marlboro?].

W tym stanie rzeczy zadałem sobie pytanie: jakie Śnienie stworzyło postać karateki - twardziela? Skąd pochodzi ta potężna postać? Kim był "karateka" jeszcze zanim stał się karateką?

Zanurkowałem w ciemny tunel, pod prąd czasu. Starałem się odnaleźć korzenie zjawisk, które właśnie zamierzają się przejawić. Odkryć ich zalążkową, niedualną postać, jeszcze przed przybraniem formy i nazwy. W tym przypadku tendencją poczuciową poprzedzającą pojawienie się "karateki" była moc płynąca bezpośrednio od Matki Ziemi - Gai. Moc płynąca z ugruntowania, uziemienia, grawitacji, płynąca z asertywności i mocnego stawiania stóp. Siła płynęła ze związku z potężną mocą Ziemi. Próbując doświadczyć specyficznego czasu i przestrzeni tego Śnienia poczułem dużą aktywność mojej czakry korzenia, a to doprowadziło mnie do medytacyjnego uspokojenia. Było to jak schodzenie do samego centrum Ziemi, gdzie siła grawitacji jest najmocniejsza.

W obszarze/świecie tego Śnienia każdy jest pewien swojej drogi, losu, sposobu działania oraz istnienia. Każdy bez najmniejszych trudności może dzielić się z innymi swoimi fantazjami oraz ideami. Inni ludzie nigdy nie czują się tego rodzaju wyznaniami zagrożeni ani wytrąceni z równowagi. W tej krainie każdy jest równie dobrze zakorzeniony, ugruntowany i zrównoważony. W świecie tego specyficznego Śnienia "Karateki" każdy może mówić innym osobom, co tylko zapragnie, a zwłaszcza o tym, co zainteresowało go w danej osobie. To świat bezpośredniości.

Zdałem sobie sprawę, że marginalizowałem to Śnienie w sobie, ponieważ byłem przekonany, iż tego rodzaju medytacyjne, dobrze ugruntowane podejście wymaga wysiłku oraz szczególnej postawy, a ponadto samo ujawnienie takiego sposobu istnienia w świecie może onieśmielać innych. Wszak zapalenie papierosa wydaje się od tego o wiele łatwiejsze... Teraz każde westchnięcie i każdy głębszy wdech przypomina mi o tym Śnieniu. Potrzebuję ugruntowania w każdej z możliwych pozycji. Tak jak taoistyczny mistrz Chi Kungu. Człowiek po prostu łączy Ziemię z Niebem ... Oto moje zadanie.

W konaktach z ludźmi, dobrze ugruntowany mistrz taoistyczny lub po prostu niepalący Robert może pokazywać innym :

a) bezpośredni sposób komunikacji, twarzą w twarz, oko w oko, człowiek do człowieka nawet przy zastosowaniu środków niepopularnych i przekraczających normy kulturowe;

b) drogę dostępu do własnej i nieskończonej kreatywności. Twórczość jest zawsze obecna: tu i teraz. Dla każdej i każdego z nas. Nie ma czasu na wydeptywanie starych i niekonstruktywnych ścieżek czy wzorców życia. Życie jest zbyt krótkie, żeby błąkać się po starych, dobrze znanych gościńcach.

Przy okazji archetypowych obrazów z przywołanego snu i wizji: po jakimś czasie pogrzebałem w sprawie lwa i lwicy ... Poza faktem, że np. lew Judy to zmartwychwstały Jezus powstający z grobu, okryłem, że egipska bogini Sekhmeth (co znaczy potężna! -- nie jestem pewien, czy dobrze piszę imiona z pamięci) była kobietą o głowie lwicy. Była boginią zniszczenia a towarzyszył jej bóg Seth lub równie niszczycielski, pożerający słońce wąż Apop. Jeśli jednak ktoś potrafił przekształcić gniewną moc Sekhmeth, to stawała się ona dobrą wróżką (Verethaku) a jej przemożne zdolności oraz umiejętności były wykorzystywane do uzdrawiania i przywracania porządku na świecie. Egipscy lekarze/uzdrowiciele bywali nazywani kapłanami Sekhmeth.

Zastanawiam się, czy wspomniany Lew Judy nie był przypadkiem krewnym starożytnej egipskiej bogini Sekhmeth ...