O ZUPEŁNIE INNYM PODEJŚCIU DO CHORÓB ...



na zdjęciu - Arnold Mindell w Masai Mara (Kenia) w 1986 r. - gdzie miał okazję praktykować z tamtejszymi szamanami.





Poniżej przytaczam kilka przykładów z praktyki Arnolda Mindella ilustrujących całkowicie odmienny paradygmat od królującej powszechnie kategorii "walki z chorobą". Podejście Mindella jest tak radykalnie odmienne, że w sytuacji, gdy próbuję go zaprezentować ludzie natychmiast zaczynają omawiać poboczne tematy najwyraźniej nie dopuszczając do zakwestionowania utrwalonego wzorca walki ze złem jakim jest choroba ... Pozostawanie w ideologicznym nurcie walki z wrogiem jakim są np. bakterie (np anty-bio/s/-tyki, domestos: "zabija zarazki na śmierć") pozwala nam trwać w marketingowej hipnozie kreowanej w dużej mierze przez producentów coraz to "lepszej" broni w walce z niewidzialnym wrogiem ...

Mindell pisze: "Jak dotąd nie spotkałem ani jednego przypadku, w którym proces symptomów ciała nie występowałby w śnie, a miałem kontakt z setkami chorych i z tysiącami snów". Wnosząc z mojej praktyki mogę jedynie jak najmocniej potwierdzić obserwacje poczynione przez Mindella i dodać, że często sny w wybitnie wyraźny sposób poprzedzają o kilka dni do kilku tygodni pojawienie się wyraźnego symptomu cielesnego ...

Przykład 1.

Pacjent, z którym wówczas pracowałem umierał na raka żołądka. Leżąc w szpitalnym łóżku jęczał z bólu. Czy widzieliście kiedykolwiek umierającą osobę? To naprawdę smutne i przerażające. Osoby umierające szybko przemieszczają się pomiędzy stanami transu, zwyczajnej świadomości i krańcowego bólu. Pewnego razu, kiedy był w stanie rozmawiać, powiedział mi, że guz w żołądku jest niezmiernie bolesny. Pomyślałem, że powinniśmy skupić się na jego propriocepcji, czyli na doświadczeniu bólu, powiedziałem mu zatem, że skoro był już bezskutecznie operowany, możemy spróbować czegoś innego. Zgodził się, więc zasugerowałem, że moglibyśmy spróbować wzmocnić ból.
Odpowiedział, iż dokładnie wie jak to zrobić i stwierdził, że odczuwa ból jak coś usiłującego wydostać się. Jeśli wspomagał te wysiłki, to ból stawał się większy. Leżąc na plecach zaczął zwiększać ciśnienie w żołądku. Wypychał żołądek, pchał, naciskał i powiększał ból, aż poczuł, że jest na skraju eksplozji. Nagle, w chwili najintensywniejszego bólu wykrzyczał: "Och Arny, ja po prostu chcę wybuchnąć! Nigdy nie potrafiłem naprawdę wybuchać!" Wówczas doświadczanie ciała ustąpiło miejsca rozmowie. Powiedział mi, że potrzebuje wybuchać i poprosił mnie o pomoc. Oświadczył, że jego problemem była niemożność dostatecznego wyrażania siebie: "Nawet, kiedy to robię, to nie jest jeszcze to" -- stwierdził.
Jest to zwyczajny, psychologiczny problem, który pojawia się w wielu przypadkach, ale u tego mężczyzny uległ on somatyzacji i w formie guza nalegał na wyrażenie siebie. Nasza praca z ciałem zakończyła się na tym. Położył się i czuł się znacznie lepiej. Chociaż znajdował się na skraju śmierci i nie dawano mu wielu dni życia, jego stan poprawił się i wypisano go ze szpitala. Później często spotykaliśmy się i będąc ze mną za każdym razem "eksplodował". Hałasował, płakał, wrzeszczał i krzyczał bez jakiejkolwiek zachęty z mojej strony. W pełni rozumiał swój problem; nieustannie obecne doświadczenia ciała wyostrzyły jego uwagę na to, co miał robić. Żył jeszcze dwa lub trzy lata i w końcu umarł po tym jak nauczył się lepiej wyrażać siebie. Nie wiem co mu pomogło, ale wiem na pewno, że ta praca złagodziła bolesne objawy i pomogła mu w rozwoju.
Wtedy właśnie odkryłem także istony związek pomiędzy snami a symptomami. Na krótko przed udaniem się do szpitala, pacjent śnił, że zapadł na nieuleczalną chorobę oraz, że lekarstwo na nią było czymś w rodzaju bomby. Kiedy zapytałem go o bombę, wydał z siebie bardzo żywy dźwięk i krzyczał jak bomba wyrzucona w powietrze: "Leci w górę, kręci się ssszzszszsss... puffttff". W tej chwili wiedziałem, że rak był bombą ze snu. Była to zagubiona ekspresja próbującą się uzewnętrznić a nie potrafiąca odnaleźć wyjścia. W ciele uzewnętrzniła się pod postacią raka a w śnie jako bomba. Dla tego pacjenta doświadczeniem bomby na jawie był rak; jego ciało dosłownie eksplodowało zdławioną ekspresją. W ten sposób ból stał się lekarstwem -- dokładnie jak to oznajmiał sen -- kurującym jednostronny brak ekspresji. Nagle zrozumiałem, że musi istnieć coś takiego jak śniące ciało, istota, która jest jednocześnie snem i ciałem. W tym przypadku, doświadczenia ciała w wyraźny sposób odzwierciedlały sny i na odwrót. Przeczuwałem istnienie śniącego ciała na podstawie wcześniejszych przypadków, ale ten skonkretyzował moje przeczucia.
Jak dotąd nie spotkałem ani jednego przypadku, w którym proces symptomów ciała nie występowałby w śnie, a miałem kontakt z setkami chorych i z tysiącami snów.

W przedstawionym przypadku śniące ciało manifestowało się w różnych kanałach. Przez kanały rozumiem różne sposoby percepcji. Śniące ciało pojawiło się w śnie jako petarda. Proprioceptywnie odczuwane było w formie bólu. Później wyraziło się w kanale werbalnym czy też słuchowym jako krzyk. Śniące ciało jest zatem wielokanałowym nadawcą informacji, w rozmaity sposób dopraszającym o odbiór jego przekazu oraz o dostrzeżenie tego, w jaki sposób jego informacja ustawicznie pojawia się w snach i w symptomach cielesnych.

Kolejny przypadek (przykł. 2)

Pewnego razu odwiedziła mnie dziewczynka z gwałtownie rozwijającym się guzem umiejscowionym na plecach. Była już bliska śmierci i jej bliscy przygotowani byli na to, co nieuniknione. Miała za sobą już kilka operacji, zaś jej lekarz powiedział mi, że jest bardzo nieszczęśliwa, że mogę się z nią pobawić i popracować, gdyż wszyscy stracili już wszelką nadzieję. Dziewczynka weszła i opowiedziała, że śniła o tym, iż przeszła przez płot ogradzający bardzo niebezpieczne jezioro. Następnie położyła się na podłodze i stwierdziła, że chce latać. Ponieważ guz osłabił jej kręgosłup nosiła gorset, który jej zdaniem, przeszkadzał w lataniu. Obawiałem się go ściągać. Zatelefonowałem do lekarza prosząc o pozwolenie zdjęcia gorsetu, żeby mogła polatać i obiecałem, że będę bardzo ostrożny. Doktor ponownie stwierdził, iż jest to bardzo nieszczęśliwe dziecko, a ponieważ już nic gorszego nie może się jej przytrafić, zezwolił na zdjęcie gorsetu. Zdjęliśmy gorset, zaś ona położyła się na brzuchu i zaczęła wykonywać ruchy latania rękoma. Powiedziała, że fruwa.
"Och doktorze, ja latam -- to takie zabawne" -- śmiała się. Wzmacniałem ruchy jej ramion udające fruwanie i "lataliśmy" w ten sposób oboje.
Piszczała z zachwytu i powiedziała, że wznieśliśmy się ponad chmury.
"Tak" -- zachęcałem ją --"jestem pod tobą i widzę cię w górze", Wtedy stwierdziła, że teraz moja kolej na to, żeby być u góry, a ona będzie patrzeć na mnie. "Fruwaliśmy" w ten sposób przez jakiś czas, po czym powiedziała: "Już nie wrócę na dół".
"Dlaczego" -- spytałem.
"Ponieważ chcę oblecieć wiele innych planet" -- odpowiedziała. Bardzo się przestraszyłem i pomyślałem, że jeśli "odfrunie", to może umrzeć. Tym niemniej nadal chciałem zobaczyć czym jest jej proces. Może dla niej właściwą rzeczą było odlecieć -- kim w końcu jestem by o tym rozsądzać? Powiedziałem jej, że musi sama zdecydować czy chce odlecieć na inne planety, czy wylądować. Ale ona powiedziała, że odchodzi na inne planety. Stwierdziła: "Odchodzę do innego świata, pięknego świata, gdzie znajdują się nieznane planety".
Wtedy nadeszła krytyczna chwila, powiedziałem jej, żeby się nie wahała i żeby zrobiła to co ma do zrobienia. Zaczęła "odlatywać". Nagle spojrzała wstecz na mnie i zaczęła płakać. Powiedziała, że nie chce lecieć beze mnie, ponieważ byliśmy jedynymi osobami, które razem latały. Objęliśmy się i płakaliśmy oboje.
"Na chwileczkę sfrunę na dół, tylko po to, żeby pobyć z tobą" -- powiedziała. Odparłem, żeby zrobiła to, co uważa za stosowne. Na jakiś czas chciała najpierw powrócić na ziemię, żeby razem się pobawić, a później, kiedy będzie gotowa, odejdzie na inne planety.
Stan dziewczynki uległ szybkiej poprawie, wkrótce mogła zdjąć gorset i nawet guz zniknął. Bez wątpienia był to jej proces powrotu na ziemię. Ściślej mówiąc, był to jej proces "latania", czyli kinestetycznej zabawy i wolności poruszania się. Jej proces zaczął się w kanale kinestetycznym a kiedy widziała planety i chmury przeszedł do kanału wzrokowego. Później zakończył się w kanale propriocepcji wraz z odczuwaniem smutku związanego z opuszczaniem ziemi.


Przykład 3

Pamiętam chłopca, który cierpiał na guza mózgu. Kiedy jego rodzice przyprowadzili go do mnie był już po dwóch operacjach. Przyszli do mnie uznając, że i tak nie mają już nic do stracenia. Zapytałem chłopca w jaki sposób doświadcza swojego guza, a on powiedział, że ten nowotwór sprawia mu ból.
- W jaki sposób to boli? - zapytałem.
Odpowiedział: - Boli tak jak uderzenie młotem. - Mówiąc wyraz "młot", uderzył się pięścią w kolano. Poprosiłem go, aby zrobił to powtórnie, wymawiając przy tym słowo "młot". Zachęcany przeze mnie zaczął bić się w kolano i tak bawiliśmy się razem, aż dotarło do niego przesłanie, które reprezentuje młot. Po minucie czy dwóch, spojrzał na mnie zakłopotany i powiedział, że "młot" każe mu wziąć się do pracy, oglądać mniej telewizji i odrabiać lekcje.
Pomagałem w dalszym podążaniu za procesem odgrywając rolę drugiej, opozycyjnej strony. Stojąc po stronie jego "upartej" części, narzekałem, że bardzo lubię telewizję i nie mam ochoty na odrabianie lekcji. To sprawiło, że chłopiec zaczął jeszcze mocniej obstawać przy przeciwległym stanowisku reprezentowanym przez młot. Nalegał: "Muszę poddać się dyscyplinie". Ostatecznie zawarliśmy układ pokojowy. Najpierw miał odrobić częśc lekcji, następnie wolno mu było oglądać telewizję, a potem miał znowu wrócić do pracy.
Chłopcu bardzo podobała się taka decyzja. Doświadczenie młota dało mu wewnętrzny spokój i wniosło więcej radośco do jego życia. Matka jednak nie wyglądała na zadowoloną. Była bowiem przekonana, że chłopiec ma zbyt silne bóle, żeby pracować. Chłopiec i ja "odmłotkowaliśmy jej" wykrzykując wojowniczo, że chcemy więcej dyscypliny! Roześmialiśmy się w końcu wszyscy i matka wsparła dziecko w postanowieniu odrabiania lekcji.
Jego stan uległ radykalnej poprawie. Ostatecznie poczuł się zdecydowanie lepiej. Później jego lekarz powiedział mi, że zdjęcie rtg wykazało zanik guza. Jeszcze ważniejsza była radość chłopca z tego, że staje się coraz twardszy. Ale co właściwie odwróciło destrukcyjny proces? Czy był to przypadek?
Główną rolę odegrała tutaj świadomość wspomagana przez terapeutę. Do chwili uświadomienia sobie istniejącego konfliktu, chłopiec żył w usiłującym osiągnąc równowagę zamkniętym systemie psychicznym. Po jednej stronie systemu znajdowało się normalne, leniwe dziecko, a po drugiej bardzo pracowita, zdyscyplinowana i pragnąca się uczyć osoba. Te dwie postacie zabijały się wzajemnie, a wewnątrz systemu nie było nikogo, kto mógłby pośredniczyć w ich konflikcie.
Zanim została podjęta mediacja, istniały dwa, pogrążone w komflikcie "duchy czasu": młot i leniwy telewidz. Młot pod postacią raka mózgu zabijał i siebie, i telewidza. Kiedy jednak na scenę wkroczyła świadomość istnienia obu części, chłopiec zdał sobie sprawę z przesłania niesionego przez guz, przyciągnęła go do siebie energia stojąca za dyscypliną i równocześnie mógł docenić także i telewidza!
W ludzkich systemach nigdy nie wygrywa jedna strona. Dziecko nie tylko poczuło się fizycznie lepiej. Doświadczyło zarazem swego życia jako bogatszego i pełniejszego radości.

Przykład 4

Kiedy pracowałem w Szwajcarii, przyszedł do mnie pewien mężczyzna, który był pastorem i cierpiał na raka umiejscowionego w ścianie serca, co było bardzo niezwykłym i rzadkim przypadkiem. Ten guz nie dawał szans na leczenie operacyjne lub jakiekolwiek inne.
Powiedział mi tak: - Arny, mam straszny ból prawie przy każdym uderzeniu serca To boli. A jeśli wezmę więcej środków p-bólowych, to nie będę mógł pracować dla swojej parafii. Chciałby nadal wszystko robić jak dotychczas.
Odpowiedziałem więc: - Jak to odczuwasz? - on zaś odparł - Przy każdym skurczu serca czuję jakby ostry nóż wbijał mi się w pierś lub w okolicę serca.
- Czy to jest twoje osobiste doświadczenie tego guza? - spytałem
- Tak, to jest jak ostry nóż.
Wtedy powiedziałem do niego; - O Boże, to musi bardzo boleć, - on zaś odparł: - Tak, przy każdym poruszeniu nóż tkwi w mojej piersi, - po czym zupełnie spontanicznie dodał: - O Boże, to przypomina mi sen sprzed kilku nocy. Zazwyczaj nie pamiętam snów, ale tego nie potrafię zapomnieć, ponieważ w śnie przez cały czas ktoś szedł za mną krok w krok i trzymał nóż przystawiony do moich pleców na wysokości serca! O co chodziło w tym śnie?
- No cóż, żeby wiedzieć więcej o tym śnie, o człowieku z nożem oraz trochę więcej o tym, czego doświadcza twoje ciało kłute ostrym nożem, musisz stać się nożem, albo mi o nim opowiedzieć!
Pastor natychmiast odpowiedział: - Mhm! Gdybym był nożem, byłbym ostrzejszy i bardziej zdecydowany! To jest dokładne przeciwieństwo tego, czym jestem na codzień. Jestem miły, uprzejmy i nigdy nie bywam ostry lub zdecydowanie dążący do sedna sprawy. Nigdy nie docieram do istoty zagadnienia.
- OK. - powiedziałem - przejdźmy do konkretów, do istoty rzeczy!
On zaś stwierdził: - Toby znaczyło, że muszę być bardziej bezpośredni w moich kazaniach.
No, cóż, ja nie chodzę do kościoła - odparłem - ale trzymam cię za słowo, że zmienisz sposób głoszenia kazań.
Wrócił do swojej parafii, był konkretniejszy i bardziej bezpośredni. Musiał tak zrobić, ponieważ dla niego była to sprawa życia i śmierci.
Opowiadam o tym, ponieważ jest to jedna z historii, która wskazuje na to, że sny są związane z ciałem, ale także występuję tu powiązanie ze społecznością. Dzięki nowo nabytej ostrości i umiejętności przechodzenia do sedna sprawy, pastor potrafił trafiać w sedno spraw, rozwiązywać problemy, być bardziej bezpośrednim a nawet autorytarnym, czego wcześniej w ogóle nie robił. W jego społeczności ta zmiana została to przyjęta ze szczęściem i radością.
Najwspanialsze w tej opowieści jest to, że jest wartościowa i daje nadzieję, bo choć pastor nie mógł być operowany, jego ból minął, a kiedy poszedł na badania kontrolne i zrobiono mu prześwietlenie rtg, jego problem z sercem został rozwiązany, albo okazał się wcześniejszą pomyłką. Prześwietlenie rtg nic nie wykazywało.
Ostrość której doświadczał we śnie i w ciele była również potrzebna jego społeczności. Nikt nie był tam bezpośredni. Wszyscy byli dla siebie bardzo mili, ale nikt nie "walił prosto z mostu", jeśli można tak powiedzieć. Symptomy są nie tylko osobiste, są także subtelnie powiązane z potrzebami społeczności oraz świata w którym żyje dana osoba.

-------

Droga do odkrycia śniącego ciała wiodła przez to, co nazywam amplifikacją. Wzmacniałem cielesne lub innymi słowy, proprioceptywne doświadczenie mojego klienta i amplifikowałem proces wybuchania, który był odzwierciedlony w jego śnie. Amplifikacja stała się dla mnie bardzo przydatnym narzędziem mającym wielorakie oraz istotne zastosowanie. Podstawowa idea amplifikacji to odkrycie kanału, w którym próbuje zaistnieć sen lub proces ciała oraz wzmocnienie w tym kanale. Jeśli na przykład klient opowiada mi sen o wężu i jednocześnie porusza rękami, żeby to opisać, mógłbym zamplifikować (wzmocnić) ten proces poruszając moimi rękami albo prosząc go o powiększenie zakresu ruchu lub sugerując, żeby poruszał się jak wąż. Jeśli klient bardzo szczegółowo opisuje kolor, rozmiar i kształt węża, zauważyłbym, że istotny jest kanał wzrokowy i mógłbym zamplifikować proces prosząc go o zobaczenie węża jeszcze dokładniej oraz o zwrócenie uwagi na jego wizję węża.
Dzięki amplifikacji, termin "praca ze snem" teoretycznie nie różni się od "pracy z ciałem". Zarówno sny jak i zjawiska związane z ciałem są po prostu fragmentami informacji pochodzącymi z wizualnego i proprioceptywnego kanału śniącego ciała. Praca ze śniącym ciałem nawet nie potrzebuje określeń takich jak sen, ciało, materia czy psychika, lecz zamiast tego zajmuje się procesami zgodnie z ich pojawianiem się. Ten rodzaj pracy opiera się na dokładnej informacji w zgodzie z jej przepływem w kanałach[sprawdź]. Jedynym narzędziem terapeuty jest jego zdolność obserwowania procesów. Czyni to jego pracę nieprzewidywalną i odnoszącą się wyłącznie do tej szczególnej, indywidualnej sytuacji, która aktualnie się wydarza. Dla mnie praca z procesem jest nauką przyrodniczą.
Psycholog zorientowany na proces bada przyrodę i podąża za nią, podczas gdy terapeuta programuje to, co jego zdaniem powinno się wydarzyć. Nie wierzę w terapię, ponieważ już nie wiem co jest dla innych osób właściwe. Widziałem tak wiele dziwnych przypadków, że postanowiłem powrócić do mojej pierwotnej postawy naukowca. Po prostu zwracam uwagę na to co dzieje się z daną osobą oraz, co dzieje się ze mną podczas interakcji. Pozwalam, żeby procesy śniącego ciała oznajmiały co ma się wydarzyć. Jest to jedyny wzorzec działania. Nie naciskam ludzi. Ich ciała i dusze wiedzą lepiej ode mnie. Kiedy ludzie zdrowieją, to jestem szczęśliwy, ale nie zabiegam o to tak bardzo jak kiedyś. Ważniejsze jest, żeby sprawy przybrały swój naturalny bieg. Cokolwiek się wydarza, czy będzie to los, Tao, etap istnienia na ziemi -- wygląda to na swoisty wzorzec bądź to pogorszenia się stanu i śmierci, bądź życia pełnego bólu.
W niektórych przypadkach wydaje się, że im bardziej chcesz uśmierzyć ból, tym staje się on silniejszy. Także w takich przypadkach amplifikuję ból a ludzie czują się lepiej doświadczając swoich chorób, ponieważ choroba staje się w wyniku tego pełnym znaczenia doświadczeniem, które nieustannie domaga się dostępu do świadomości. Choroba jest przebudzeniem. Z kolei wielu ludzi poszukuje uzdrowienia mówiąc, że chcą jedynie ustąpienia symptomów. Powiadam im wtedy, że to także jest w porządku i żeby zgodnie z tym postępowali -- skąd miałbym wiedzieć co byłoby dla nich właściwe? Spróbuj cokolwiek uważasz za stosowne, podejmij magiczną, medyczną podróż dla uzdrowienia choroby, zrób co konieczne i jeśli to zadziała, to znakomicie. Jednak bardzo często te terapie i kuracje nie działają. Życie z nieuleczalną chorobą pod koniec dwudziestego wieku może być osobistym losem danej osoby.
Kiedy zaczynałem pracować z umierającymi ludźmi, nie mogłem pojąć dlaczego czasami osiągałem cudowne rezultaty a w innych przypadkach odnosiłem beznadziejne porażki. Bogu dzięki, że miałem pewne podstawy z zakresu fizyki teoretycznej, ponieważ postawa naukowca pomogła mi zrozumieć moje ryzykowne i częstokroć nieudolne działania, które dawały tyle samo doskonałych efektów co "niewypałów". Powiedziałem sobie po pierwsze, że będę pracować z procesem; życia, umierania lub czegokolwiek. Stosuję termin proces w rozumieniu fizyki a nie psychologii. Psycholodzy, zwłaszcza psycholodzy Gestalt, którzy rozsławili ten termin nie definiują go. Rozróżniają "proces" od "treści", czyli od tego co ludzie mówią. Dla mnie treść mieści się w procesie. Proces przejawia się dla mnie w dwóch kategoriach; procesów pierwotnych i wtórnych. Procesy pierwotne są bliższe świadomości i zawierają w sobie treść, czyli to, o czym mówisz. Procesy wtórne są wszystkimi zjawiskami nieświadomymi jak na przykład symptomy ciała, których jesteś tylko trochę świadomy, z którymi masz niewielki związek i których, jak z tego wynika nie możesz kontrolować. Pracę z procesem przyrównuję do pociągu. Pociąg zatrzymuje się na różnych stacjach a potem rusza dalej. Normalnie ludzie myślą kategoriami "stanów". Powiadamy, że ktoś jest szalony, chory czy umierający, lecz są to tylko nazwy stacji. Interesuje mnie przebieg spraw. Nie nazwa guza, ale sposób w jaki się rozwija, co czyni danej osobie i co do niej mówi. Fascynuje mnie ruch pociągu i ten ruch nazywam procesem. Kolejną analogią może być rzeka. Rzeka płynie i u swych źródeł często wygląda bardzo łagodnie. Ale w głębinach, gdzie wzrok nie sięga, ponad smokami i pułapkami, przepastnymi czeluściami i przerażającymi wirami głębszych wód płynie proces wtórny.
Praca z procesem chroni mnie przed osądzaniem. Jeśli myślę w kategoriach procesu, to nie mogę stosować terminów dobra i zła, zdrowia i choroby, przeszłości lub przyszłości. Jeśli posługuję się kategoriami procesu, to mogę niewerbalnie pracować ze śpiączką lub z doświadczeniem medytacji i nie jestem ograniczony słowami. Kiedy myślę o procesie, to spoglądam na całość sytuacji. Różne kanały procesu są jak strumyczki, które odchodzą od większej rzeki. Jeśli nie znasz się na kanałach, to będziesz pracować tylko z ciałem, albo ze snami swojego klienta i pominiesz meandry i rozlewiska rzeki, które stanowią o zróżnicowaniu świata.
Koncepcje komunikacyjne, takie jak kanały i proces ukierunkowane są na najbardziej podstawowe elementy, najbardziej archetypowe zachowanie ludzi. Korzystając z neutralnego języka procesu i kanałów możemy rozumieć i pracować z ludźmi z całego świata bez konieczności dokładnego rozumienia znaczenia słów. Możemy wraz z nimi przechodzić przez stany szaleństwa, doświadczenia pobliża śmierci a nawet przez śpiączkę, kiedy nie są już przywiązani do obrazów i ograniczających pojęć kultury takich jak umysł i materia, psyche i soma.

Komentarze