Polityka a psychoterapia

Kiedy teraput/k/a spotyka klienta/tkę w tzw. codziennej rzeczywistoci, powiedzmy na zakupach lub np. jakiejś imprezie pojawia się problem "multiple roles"

czyli ról wielorakich. Różne szkoły różnie na to patrzą. Jedne zalecają instalowanie dwóch par drzwi w gabinecie (wejście i wyjście na innym korytarzu) i niespotykania się NIGDZIE poza salą sesji -- inne (w tym Psych. Zorientowana na Proces) dopuszczają przebywanie razem i dzielenie przestrzeni "normalnego" życia z wielką UWAŻNOŚCIĄ i odpowiedzialnością leżącą po stronie terapeuty/tki. W sytuacji powiedzmy czyjegoś ślubu dzieje się np. tak, że terapeta/tka nawet na weselu występuje w co najmniej 2 rolach: gościa ale także nie może się pozbyć roli terapeuty (dodatkowe pytanie dla tej ostatniej roli: co takiego klient może chcieć mu/jej pokazać na tym weselu?). Czasem, w zależności od fazy terapii - dochodzi także rola (zastępczego) rodzica !

W podejściu psychodynamicznym, gdzie w procesie terapii b. dużo wysiłku idzie na odtworzenie i przeniesienie pierwotnych sytuacji opiekun/dziecko takie spotkanie może zaburzyć ww relację. Jednak jest to pewien rodzaj manipulacji dokonanej na kliencie, a po pewnym czasie reakcja przeniesieniowa winna być wytłumaczona i rozwiązana (inna sprawa, że bardzo często tak nie jest!)

Chronienie się za murem metody czy katalogu postępowania jest jednak moim zdaniem polityką "wyższości" - komunikatem nie-wprost mówiącym, że terapet/k/a stoi "wyżej". A jednak psychoterapia jest polityczna -- bo jeśli pokazujesz ową wyższość (która przejawia się choćby w tym, że terapeuta wie WSZYSTKO o życiu prywatnym klienta a pacjent NIC o terapeucie), to kreujesz wyższą i niższą kastę w społeczeństwie.
Nie twierdzę, że to jest całkowicie błędne lub nie-fair.
Chodzi o to, by czynić to świadomie i otwarcie: czyli komunikujmy (na przykład) pacjentom/klientom, że w danym momencie "stoimy" wyżej i mamy większe prawa i przywileje. W pzreciwnym wypadku kreujemy pozór równości z niewerbalnym przekazem o naszej wyższości. Myślę, że na miejscu jest tutaj analogię podwójnego wiązania Batesona opisanego przez niego dla przypadku dziecka i matki.
Kreowana w terapii zależność (np. w fazie regresji) klienta od terapeut/ki/y polega na tym, że wprost bądź nie wprost powiadamy pacjent/a/kę:

"Możesz po-WIEDZIEĆ wszystko. Ale nie możesz WIEDZIEĆ wszystkiego. I to JA, terapeuta DECYDUJĘ i dyryguję tym, co możesz wiedzieć a czego nie możesz. JAM jest dawcą informacji... (co się po części przekłada na komunikat: JAM JEST TERAZ W ROLI TWEGO RODZICA /dzieciaku/.)"

Polityka władzy (jak widać obecna również w terapii) , polega na tym, że jeśli jest nieświadoma, to bywa baaaardzo raniąca i nadużywająca .... Zatem uświadamianie i otwartość jest zdecydowanie lepszym, choć trudniejszym dla terapeuty wyjściem.


To takie w wolne wnioski, pozostałę mi w umyśle z czasów gdy zasiadałem w Komisjach Etycznych i zgłębiałem bardziej ten temat.

pozdrawiam i zachęcam do refleksji w temacie: "Polityka w terapii"

Komentarze